Grzegorz Ciechanowski, Wspomnienia uczestników operacji UNEF II w opracowaniach studentów Bezpieczeństwa Narodowego.

1. Polscy żołnierze uczestnikami operacji pokojowej w Egipcie

W październiku 1973 r. po zakończonej wojnie Jom Kippur Rada Bezpieczeństwa ONZ rezolucją S/RES/340 z 25 października 1973 r. powołała do życia Drugie Doraźne Siły Zbrojne ONZ w Egipcie ? UNEF II1. Ustanowiono je w celu nadzorowania zawieszenia ognia pomiędzy wojskami Egiptu i Izraela. Sekretarz generalny ONZ zaprosił polski rząd do wystawienia oddziału wojskowego do tej operacji pokojowej. Zadaniem polskiego batalionu tzw. POLLOG-u, stanowiącego kościec polskiego kontyngentu, było logistyczne zabezpieczenie działań jednostek operacyjnych UNEF II stacjonujących w strefie buforowej położonej na wschód od Kanału Sueskiego rozdzielającej siły egipskie od izraelskich2. Sformowano Polską Wojskową Jednostkę Specjalną na Bliskim Wschodzie (PWJS), w skład której wszedł m.in. wspomniany batalion oraz powołany rok później kontyngent w Siłach Narodów Zjednoczonych do Obserwacji Rozdzielenia Wojsk na Wzgórzach Golan ? UNDOF3, którego głównym elementem był kolejny POLLOG. W obu tych operacjach Polacy oraz Kanadyjczycy odpowiedzialni byli wspólnie za zabezpieczenie logistyczne obu misji4.

Polacy sprostali wysokiemu tempu działań narzuconych przez ONZ: 25 października 1973 r. powołano PWJS, 13 listopada do Kairu przybyła grupa rekonesansowa a trzy dni później w Egipcie lądowała pierwsza grupa żołnierzy sił głównych batalionu sformowanego na bazie 6. Pomorskiej Dywizji Powietrznodesantowej. Przerzut wojska sprawnie skorelowano z transportem wyposażenia. Samochody i sprzęt inżynieryjny przewieziono statkami PLO z Gdynido Aleksandrii5. Drobnicowiec m/s ?Radzionków? już 20 grudnia zawinął do egipskiego portu. Wrótce dotarły tam dwa następne: m/s ?Gorlice? i m/s ?Wieliczka?6.

Stronie polskiej powierzono też prestiżowe zadanie rozwinięcia placówki medycznej UNEF II. Polski Szpital Polowy misji UNEF II, bo taka była jego oficjalna nazwa, dysponował 50 łóżkami z oddziałami wewnętrznym, chirurgicznym i zakaźnym i szybko stał się wizytówką PWJS.

Studenci kierunku Bezpieczeństwo Narodowe (BN) realizowanego przez Katedrę Badań nad Konfliktami i Pokojem Uniwersytetu Szczecińskiego prowadzą badania polegające m.in. na wyszukiwaniu uczestników operacji pokojowych i zbieraniu materiałów dotyczących ich służby poza granicami kraju. Niniejszy materiał przedstawia wypowiedzi uczestników misji UNEF II i stanowi pokłosie tej działalności.

Należy pamiętać, że wywiady oraz relacje świadków i uczestników wydarzeń w warsztacie historyka należą do specyficznych źródeł informacji ? są zawsze odzwierciedleniem subiektywnych odczuć i spostrzeżeń poszczególnych ludzi. Z drugiej jednak strony można tam znaleźć informacje niedostępne w żadnych oficjalnych dokumentach: rozkazach, sprawozdaniach czy raportach, które stanowią główne zasoby archiwów. Wywiady pozwalają też badaczowi, w tym wypadku studentowi BN, stanąć twarzą w twarz z człowiekiem, który uczestniczył w ważnych wydarzeniach, często wiele znaczących w jego życiu. To znacznie bardziej emocjonujące przeżycie, szczególnie dla młodego człowieka, aniżeli żmudna analiza pożółkłych kartek papieru.

2. Wywiad studenta BN z st. sierż. przeprowadzony przez Joannę Królikowską i Bartłomieja Ziółkowskiego dnia 05.11.2009 z Tadeuszem Florkiem, uczestnikiem II Zmiany misji UNEF II w Egipcie.

W lutym 1974 r. dostałem zawiadomienie z Pomorskiego Okręgu Wojskowego w Bydgoszczy, iż zostałem wytypowany do wyjazdu na druga zmianę sił UNEF II do Egiptu. Zapytano mnie, czy zgadzam się na wyjazd, ponieważ taka była procedura. Zgodziłem się i jeszcze w lutym wyjechałem do Gdańska na zgrupowanie. Było tam już ok. 300 osób z Pomorskiego Okręgu Wojskowego, które przygotowywały się do wyjazdu na misję. Odbywało się szkolenie z różnych dziedzin min. z historii. Uczyli nas także zasad zachowania wobec miejscowej ludności, abyśmy wiedzieli jak się zachowywać w różnych sytuacjach. W Gdańsku przebywaliśmy do 24 maja 1974 r. Mówili nam, że pierwsza zmiana była z innego okręgu (I Zmianę wystawił Śląski Okręg Wojskowy ? przyp. GC), więc nie wiedzieliśmy jak tam jest i jakie panują warunki.

Tak naprawdę nie wiedzieliśmy czy w Egipcie jest wojna, czy jej nie ma. Nie zostaliśmy poinformowani o stopniu niebezpieczeństwa w tamtych rejonach. Faktem jest to, że w czasie tego szkolenia w Gdańsku poinformowali nas, że jest tam niebezpiecznie i że w każdej chwili może wybuchnąć na nowo wojna. W dniu kiedy mieliśmy wylatywać, 24 maja 1974 r., nie dali nam broni. To był dobry znak, przekonywaliśmy się, że nie jest jeszcze tak źle, każdy z nas został zaopatrzony tylko w pistolet. Wylecieliśmy z Gdańska do Kairu, ale w Bukareszcie samolot musiał lądować, bo miał awarię. Gdy go naprawiono, wylecieliśmy w dalszą podróż do Kairu, gdzie znajdowała się nasza baza. Ludzie z poprzedniej zmiany czekali już na nas na lotnisku, na którym odbyło się zgrupowanie.

Zadaniem naszego kontyngentu było dostarczanie wody za Kanał Sueski. Pełniły tam służbę bataliony operacyjne misji UNEF II. Miały one posterunki w strefie między Arabami, a Żydami. Byłem podoficerem, dowódcą drużyny i mechanikiem. Miałem pod sobą 10-ciu żołnierzy wyznaczonych do remontu tych samochodów, które zaopatrywały żołnierzy w wodę. Mieliśmy własne, polskie cysterny STAR 266, duże samochody i kilka różnych aut terenowych i osobowych.

Wraz z moimi żołnierzami nie mieliśmy lekko, ponieważ prawie nie spaliśmy w nocy przez całe 6 miesięcy naszego pobytu na misji w Egipcie. A to dlatego, że nasze wozy nie były przygotowane do wysokiej temperatury, jaka tam panowała. Stan techniczny pojazdów był dobry, tylko ten upał powodował, że bardzo często trzeba było zmieniać uszczelki pod głowicą. Każdej nocy, bo tylko wtedy samochody stały w bazie, musieliśmy przygotować 18 cystern do wyjazdu następnego dnia w teren. Kierowcy nigdy nie wyjeżdżali sami. W każdym samochodzie siedział kierowca i jeden konwojent.

Z Kairu do Kanału Sueskiego było około 80 km, więc samochody codziennie musiały pokonywać tętrasę, aby zaopatrzyć ludzi w wodę. Musieliśmy tak dojeżdżać jakieś 3 tygodnie. Przygotowywano nam tymczasem bazę w Ismailii położonej nad samym Kanałem Sueskim, po to aby kierowcy mieli bliżej na linię rozjemczą. Do tej pory wyjeżdżali z okolic Kairu o 6 rano, a wracali o 22, bez obiadu i kolacji.

Baza nasza w Ismailii znajdować się miała w opuszczonych angielskich koszarach, w których kiedyś stacjonowały wojska angielskie, podczas tzw. kryzysu sueskiego w 1956 r. Panowały tam warunki polowe, bez żadnych urządzeń do naprawy samochodów, więc wszystko było robione ręcznie, gdyż nawet nie było czasu w związku z przeprowadzką do Ismailii, żeby sprowadzić z Polski jakiś sprzęt. Jako mechanicy mieliśmy zadanie, aby wszystko było gotowe na rano, więc nieraz zasuwaliśmy całą noc. Zdarzało się tak, że brakło nam części do aut, więc musieliśmy używać części z rozbitego sprzętu egipskiego produkcji radzieckiej, który był po części taki sam jak nasze wyposażenie. Więc jeżeli czegoś brakowało, to braliśmy saperów i jechaliśmy na pustynię do rozbitych i zepsutych samochodów i tam się naprawiało nasze auta. Saper jechał z nami ze względu na to, że był to teren zaminowany, znajdujący się w pobliżu linii frontu.

Jeżeli jakiś samochód nawalił na trasie, to nas powiadamiali i jechało się, aby go ściągnąć do bazy. Trzeba było pokazać, że nasze samochody są dobre, więc jak taki pojazd stał zepsuty na pustyni, to żołnierze sobie siedzieli i udawali, że odpoczywają. Naprawialiśmy go w nocy, aby nie było widać, że grzebiemy przy zepsutym sprzęcie.

Nasz dzień zaczynał się o 5 rano. Wstawaliśmy bez ogłaszania pobudki i szliśmy na śniadanie, kolacja była o godzinie 15, obiad natomiast był przeniesiony na 20 ze względu na tych żołnierzy, którzy byli w trasie, więc główny posiłek mogli zjeść dopiero wieczorem. My mieliśmy cały czas jedną robotę, naprawę samochodów.

Jak przyszła niedziela i jeśli akurat mieliśmy wolne, to jeździliśmy na wycieczki w historyczne miejsca i oglądaliśmy zabytki. W dzień, jeśli była przerwa mogliśmy chodzić do miasta, ale nie pojedynczo, przeważnie wybieraliśmy się w 7 – 8 osób. W Ismailii nie było widać oznak wojny. Gdy wchodziliśmy do miasta to dzieci krzyczały do nas ?K…, k…”, a my zawsze mieliśmy cukierki w kieszeniach i im dawaliśmy. Sklepikarze mieli w tym swój własny interes, wysyłali te dzieciaki, żeby wołali żołnierzy i przyprowadzali ich – każdego do swojego sklepiku. Nie było wtedy żadnych turystów, gdyż był to okres wojenny.

Egipcjanie bardzo nas szanowali i lubili, byliśmy traktowani jak obrońcy co bardzo nam schlebiało. Dopiero gdy pojechało się do Kairu, to był większy ruch, miasto było oddalone od strefy wojennej. Można było tam spotkać również Polaków, którzy przyjechali na wakacje. W Egipcie poza miastami było bardzo mało osiedli, tylko pustynia, piasek i nic więcej. Przez całe pół roku, gdy tam byliśmy nie spadła nawet kropla wody, a temperatura wahała się od 40 – 45°C. Na blachach samochodów mogliśmy smażyć jajecznicę, tak było gorąco.

Nie było lekko, ale nie narzekaliśmy. Pieniędzy nam za dużo nie płacili, bo pensja była taka jak w Polsce, dodatek wynosił 90 $ miesięcznie, który wpływał na konto znajdujące się w Polsce. Dostawaliśmy także 45 funtów egipskich na własne potrzeby w Egipcie. W dzisiejszych czasach opłaca się jechać na misję, ale teraz to żołnierze jeżdżą na wojnę. ONZ nie wysyłał kontyngentów do walki, tylko na misje pokojowe.

FOT.1 st. sierż. Tadeusz Florek na tle piramidy Cheopsa. Po lewo samochód Star 660, widomy znak obecności polskich żołnierzy w Egipcie. Foto z kolekcji Tadeusza Florka

3. Beata Lelek 02.01.2011 przeprowadziła wywiad z mjr. rez. Henrykiem Krukiewiczem, uczestnikiem V Zmiany UNEF II

3.1. Zadania

V Zmianę polskiego kontyngentu do służby w UNEF II wystawiła 12. Dywizja Zmechanizowana ze Szczecina. Wśród uczestników tej misji był również mjr. rez. Henryk Krukiewicz, absolwent Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Pancernych, promowany w 1968 r. Od tej pory służył w jednostkach 12. DZ. W POLLOG-u był dowódcą plutonu samochodowego kompani transportowej.

Kompania wykonywała zadania logistyczne. Główny zakres działań to transport materiałów z magazynów na posterunki w strefie buforowej. Jednostki kanadyjskie (CANLOG ? przyp. GC) prowadziły magazyny żywnościowe, które znajdowały się w Kairze, jak wielobranżowe w Ismailii. Co dwa tygodnie dostarczano zaopatrzenie drogą powietrzną, które następnie transportowano do wszystkich jednostek.

Podstawowy sprzęt plutonu, którym dowodziłem, stanowiły polskie samochody Star 66. Na stanie było ich 40, do tego 4 terenowe GAZ 69, popularnie zwane ?gaziki? i dwa autobusy. Pluton liczył 50 ludzi: dowódca, pomocnik i 46 ? 48 kierowców. Przede wszystkim opierano się na żołnierzach ze służby zasadniczej, jedynie kierowcy autobusów byli żołnierzami zawodowymi.

Kampania transportowa składała się z dwóch takich plutonów. Dodatkowo był jeszcze pluton dowozu wody, w którego skład wchodziło około 20 cystern, zamontowanych na podwoziach Starów 66. Pojazdy te rozwoziły wodę do wszystkich posterunków znajdujących się w strefie buforowej. To zaopatrzenie było niezbędne. pomimo tego, że słodka woda znajdowała się kanałach nawadniających. Nie nadawała się ona jednak do picia, miejscowa ludność załatwiała tam wszystkie swoje potrzeby.

Dzisiaj trudno jest mówić o żołnierzach na misji w tamtych czasach. Polacy byli tzw. ?Czerwoną Wizytówką? wśród tych jednostek, jedynym kontyngentem zza żelaznej kurtyny. Raz na trzy miesiące w każdej zmianie następował tzw. ?Dzień medalowy?, w którym wszyscy obecni żołnierze otrzymywali medale ?ONZ – siły zbrojne w służbie pokoju?. Ówczesny dowódca UNEF II, Szwed Lieutenant-General Bengt Liljestrand stwierdził, że ?Polacy, na co dzień wykonują rzeczy niemożliwe, a co jakiś czas cuda im się zdarzają?.

Żołnierze z zachodnich armii mieli soboty wolne, Polacy nie. Pewnego dnia, gdy wywożono kontenery z Suezu do magazynów, to transport przybył w piątek wieczorem. W tym momencie nie było już ludzi do rozładunku, zostali tylko kierowcy. Kanadyjczykom nie mieściło się w głowach, jak w sobotę można było iść do pracy. Dowódca V zmiany polskiego kontyngentu płk. Marian Wieczerzak pojechał do dowódcy CANLLOG-u i po długich pertraktacjach z pomocą tłumaczy udało się namówić Kanadyjczyków. Za dodatkową opłatą i na ochotnika rozładowano te kontenery, gdyż na poniedziałek mieli kolejne zlecenie, a nie było już wolnych pojazdów. Polacy przebywali w jednym kampie z Kanadyjczykami, dwa podobozy dzieliła alejka, nie było żadnych granic. Integrowano się. Polacy chodzili np. oglądać filmy, które u nas były niedostępne.

Z ludnością cywilną też się dogadywano. Nieopodal obozu mieszkał Arab, był to gospodarz (fellah), który całymi dniami przesiadywał przed swoją lepianką, zbudowaną ze słomy i odchodów, bez dachu. Arabowie ? mężczyźni byli bardzo natrętni, kobiety natomiast trzymały się z dala.

3.2. Życie w obozie POLLOG-u

W obozowisku brak był typowego planu dnia. Gdy połowa plutonu wyjechała na 3 do 4 dni z transportem, pozostali wykonywali inne zadania. Zazwyczaj pobudka była o 6 rano, po śniadaniu pracowano do godziny 14. Po obiedzie odbywały się odprawy ze stawianiem zadań na następny dzień. Później przychodził czas na zajęcia sportowo-rekreacyjne. Zmrok zapadał nagle, tak samo nagle robiło się jasno. Różnica temperatur była bardzo duża, w dzień dochodziło nawet do 40 stopni, w nocy spadało do 11. Było to bardzo uciążliwe dla żołnierzy, gdyż na noc zakładano dużo ubrań (na przykład dresy pod mundur), a w dzień co chwilę zdejmowano kolejną część garderoby.

Spaliśmy w koszarach, oficerowie w małych 2-osobowych pokoikach. W pokojach znajdowały się stoły, szafy, łóżka z moskitierami. W nocy pracowały grzejniki gazowe, ktoś je nazwał lampami ?Aladyna?. Z wyglądu przypominały lampy naftowe tylko były kilkakrotnie większe. Warunki bytowe były jednak znacznie lepsze w porównaniu do dwóch pierwszych zmian, które stacjonowały pod Kairem, a żołnierze spali w namiotach. Dopiero druga i trzecia zmiana zaczęła przenosić obóz do Ismailii.

FOT.2 Obozowisko na pustyni w czasie rozszerzania strefy – spało się na skrzyniach samochodów. Foto z kolekcji Henryka Krukiewicza

FOT.3 Ulica arabska ? targowisko. Foto z kolekcji Henryka Krukiewicza

3.3 Czas wolny

Podczas czasu wolnego żołnierze grali w ping – ponga lub w siatkówkę. Wyjeżdżali również, aby lepiej poznać miejsce, gdzie stacjonują. W soboty i niedziele organizowano tak zwane wyjazdy poznawcze dla żołnierzy zawodowych. Parking samochodowy znajdował się 1,5 km od obozu. W odpowiednim miejscu stał do dyspozycji ?gazik?. Należało pójść na dyżurkę tylko po klucze i można było wyruszyć w podróż. Na targowiskach trzeba było się targować, aby nie obrazić żadnego Araba. Ten, kto się nie targował, w ich oczach nie był klientem.

Każda zmiana brała pod swoją opiekę cmentarz wojskowy w Fatimie. Były tam groby polskich żołnierzy 2. Korpusu gen. W. Andersa. Częste odwiedzaliśmy to miejsce, aby uczcić pamięć o naszych zmarłych kolegach.

3.4. Operacja ?Moonglow?

15 listopada 1975 r. rozpoczęła się operacja ?Moonglow? (Poświata księżyca) związana z rozszerzeniem i przesunięciem na wschód strefy buforowej wojsk ONZ na Półwyspie Synaj. Wtedy pracowaliśmy na okrągło, kierowcy dowozili niezbędne materiały i wodędo odległych posterunków i wojsk ONZ przemieszczających się w strefie, aby cała ta operacja mogła zakończyć się powodzeniem. W ciągu trzech dni nasi kierowcy przejechali 1700 km. W jej wyniku na pustyni przejęto m.in. zrujnowaną bazę El Tasa, którą odbudowali polscy saperzy. Załogę placówki stanowili Polacy i Kanadyjczycy7.

4. Karol Janiak przeprowadził wywiad z Janem Zacharewskim, w czasie VIII Zmiany kapralem, operatorem gąsienicowego pojazdu BAT-M, spycharki przeznaczonej do robienia dróg. Służył we wspomnianej bazie El Tasa

Karol Janiak (KJ): Dzień dobry. Zastanawia mnie czy każdy mógł brać udział w tej misji, czy każdy żołnierz mógł lecieć do Egiptu czy może odbywała się rekrutacja?

Jan Zacharewski (JZ): Rekrutacja odbywała się spośród wcześniej zgłoszonych ochotników. Żeby móc uczestniczyć w tej misji trzeba było przejść szereg badań oraz szkolenie, które miało na celu jak najlepiej przygotować nas, żołnierzy, do pełnienia tej służby. Nie każdy ochotnik mógł znaleźć się w składzie Polskiej Wojskowej Jednostki Specjalnej.

KJ: Jak więc wyglądały przygotowania do wyjazdu?

JZ: Dla wielu operatorów sprzętu przygotowania zaczynały się w Ełku. Później na pół roku trafiało się do 5. Mazurskiej Brygady Saperów w Szczecinie Podjuchach. Na misję wysyłano żołnierzy z każdego okręgu, ale nie jednocześnie. Najpierw lecieli żołnierze z okręgu warszawskiego później pomorskiego, a na końcu ze śląskiego. Jeśli komuś się udało to leciał od razu z jednostki do Egiptu, czyli bez przejścia kolejnych etapów w kraju. Moja VIII zmiana wylatywała do Egiptu z Koszalina samolotami Ił-18.

KJ: Czy od razu po lądowaniu w Egipcie wszyscy żołnierze byli przydzielani do swoich pododdziałów, czy razem do jednego miejsca?

JZ: Lądowaliśmy w Kairze, później jechaliśmy ok. 3 godzin do kwatery głównej w Ismailii gdzie odbył się okres aklimatyzacji, który trwał około tygodnia. Dopiero po jego zakończeniu przydzielano nas do poszczególnych stref.

KJ: Kwatera Główna UNEF II mieściła się więc w Ismailii?

JZ: Tak, w Ismailii mieściła się nie tylko kwatera główna misji ale również dowództwo Polskiej Wojskowej Jednostki Specjalnej ? PWJS i co za tym idzie dowództwo POLLOG-u w siłach UNEF II.

KJ: A gdzie znajdowała się Pańska baza? Również w Ismailii?

JZ: Nie, nasza baza mieściła się w El Tasa. Oprócz nas byli tam Kanadyjczycy, było ich około dziesięciu. Kiedy była dostawa towaru, zaopatrzenia, czy to drogą morska, czy lądową, segregowali zaopatrzenie, sprzęt. Byli, można powiedzieć w skali całej misji takimi ,,księgowymi?. Zajmowali się głównie łącznością i zaopatrzeniem; działania logistyczne należały do obowiązków Kanadyjczyków i Polaków.

KJ: Czyli w El Tasa stacjonowali nie tylko polscy żołnierze?

JZ: Nie tylko, byli tam jeszcze Szwedzi i Finowie.

KJ: Co należało do obowiązków polskiej jednostki w El Tasa?

JZ: Nasza jednostka zajmowała się głównie utrzymywaniem przejezdności dróg, dostarczaniem wody oraz ogólnie zaopatrzeniem. Ja pracowałem jako operator spychacza BAT-M. Nigdy nie pracowaliśmy w pojedynkę, zawsze z zespole. Czasem zdarzało się ze trzeba było rozminować drogi, wtedy wzywaliśmy saperów i oni załatwiali sprawę.

Działaliśmy w strefie buforowej, głównie wokół bazy El Tasa. Musieliśmy dbać o to, żeby drogi były przejezdne. Trzeba było je oczyszczać cały czas. Tak samo jak w Polsce drogi oczyszcza się ze śniegu w zimie, tak w Egipcie musieliśmy oczyszczać je z piachu. Szlaki były cały czas zasypywane. Wyjeżdżaliśmy zazwyczaj rano o 6 i pracowaliśmy do 22. Jeśli baza była blisko to na przerwę wracało się na obiad, jeśli daleko, to sprzęt zostawał na posterunkach a my jechaliśmy po prowiant. Do pracy dojeżdżaliśmy ,,gazikami?.

KJ: Czy istniało jakieś zagrożenie, niebezpieczeństwo podczas wykonywanych prac na terenie bazy lub poza nią?

JZ: W bazie w El Tasa była wydzielona, ogrodzona strefa i nie można było wchodzić za ogrodzenie ponieważ niektóre tereny mogły być zaminowane. Jeśli chodzi o pracę w terenie, poza bazą to istniało pewne zagrożenie podczas rozwijania siatek na drogach. Rozwijaliśmy je w celu utwardzenia podłoża. Miało to ułatwić poruszanie się maszyn i pojazdów. Rozkładanie siatek nie stanowiło problemu. Niebezpiecznie robiło się kiedy musieliśmy je zwijać. Często w piasku, właśnie tam gdzie rozkładane, zakopywały się skorpiony i trzeba było naprawdę uważać, żeby nie zostać ukąszonym. Na szczęście nigdy taka sytuacja nie miała miejsca.

KJ: Jak wyglądała struktura wiekowa wojsk? Z których państw żołnierze byli ogólnie najmłodsi, a których najstarsi wiekiem?

JZ: Nie pamiętam dokładnie ale wydaje mi się, że polscy żołnierze byli jednymi z najmłodszych. Na pewno najstarsi byli Kanadyjczycy. Większość z nich miała około 50 lat, niekiedy nawet powyżej i prawie wszyscy byli zawodowymi żołnierzami.

KJ: Czy był może taki moment kiedy podniesiono stan ryzyka w bazach ONZ?

JZ: Drobne incydenty zawsze się zdarzały, ale nie były one na tyle poważne żeby stawiać w stan gotowości całe wojsko. Ale taka sytuacja raz miała miejsce, kiedy w Ismailii zbliżało się spotkanie na szczycie, prezydenta Egiptu Anwara Sadata i premiera Izraela Menachema Begina. Wtedy ogłoszono stan gotowości wojsk ONZ. Kazano nam nawet kopać głębokie transzeje, zabezpieczać posterunki; musieliśmy przygotować się na różne ewentualności. Na szczęście wszystko przebiegło w spokojnej atmosferze.

KJ: Wspominał Pan o Ismailii, że mieściła się tam Kwatera Główna czy mógłby Pan opowiedzieć więcej o tym mieście? Często je odwiedzaliście?

JZ: Droga do Ismailii zajmowała kilkanaście godzin, ale byłem tam kilkakrotnie. W Kwaterze Głównej służyli wojskowi z wielu państw, m.in. Szwedzi, Finowie, Kanadyjczycy, Indonezyjczycy, Ghańczycy i Polacy. Co ważne, oprócz Kwatery Głównej i dowództwa PWJS mieścił się tam także polski szpital, który leczył żołnierzy sił UNEF II. Zaraz obok szpitala znajdowało się boisko do siatkówki, tam właśnie graliśmy, biorąc udział w turnieju.

KJ: Jaki to był turniej?

JZ: Turniej zorganizowany został przez dowództwo PWJS. Brały w nim udział drużyny wszystkich wojsk Doraźnych Sił Zbrojnych ONZ. Grałem w zespole VIII zmiany PWJS i wygraliśmy cały turniej.

KJ: Zapewne turniej był dodatkową rozrywką i świetna zabawą dla żołnierzy. Co jeszcze robili żołnierze w wolnych chwilach?

JZ: Budowaliśmy kort tenisowy. Mieliśmy trochę problemów ponieważ codziennie trzeba było oczyszczać go z piachu ale udało się. Dookoła zrobiliśmy bandy z piasku żeby zminimalizować skutki zamieci. Korzystaliśmy z tego kortu właśnie w wolnych chwilach. Była także możliwość wyjazdu poza bazę na różne wycieczki.

KJ: Wycieczki organizowane dla żołnierzy?

JZ: Tak, zgadza się. Mieliśmy okazję naprawdę dużo zwiedzić. Jeździliśmy do Ismailii, Aleksandrii, Port Saidu, nawet do Syrii. Co prawda nie miałem okazji być w tym kraju, ale wielu żołnierzy, przeważnie oficerów łatało tam samolotami. Podczas wycieczek jeśli wychodziliśmy gdzieś zwiedzać miasto, bo na przepustce było to dozwolone, to nigdy nie chodziliśmy sami, zawsze trzymaliśmy się w małych grupach bo tak było bezpieczniej. Nie wolno było samemu wchodzić do żadnych pomieszczeń oddalać się od grup.

Port Said było miastem portowym, była tam strefa wolnocłowa, więc bez problemu można było coś kupić. Miasto było otwarte dla turystów, ale kompletnie zamknięte dla Arabów. Praktycznie całe zaopatrzenie było azjatyckie, widziałem mnóstwo Japończyków. Tam najbardziej bogacili się Kanadyjczycy ponieważ mogli praktycznie wszystko kupić za niewielkie pieniądze i wywieść z miasta. Najbardziej interesowali się sprzętem elektronicznym, mnóstwo tego kupowali po niskich cenach i sprzedawali np. innym żołnierzom.

KJ: Czyli na brak atrakcji nie można było narzekać?

JZ: Zdecydowanie nie. Jeśli chodzi o zwiedzanie, to naprawdę można było bardzo dużo zobaczyć. Myślę że gdybym nie uczestniczył w tej misji, to nigdy nie miałbym okazji zobaczyć tego wszystkiego. Dla mnie są to wspomnienia na całe życie. Teraz z perspektywy czasu trochę inaczej się patrzy na to wszystko, ale są to niesamowite doświadczenia. Nawet patrząc z wojskowego punktu widzenia. Kiedy byliśmy w porcie w Aleksandrii mogliśmy obserwować w jaki sposób wojska ONZ otrzymują sprzęt, jak jest rozładowywany itd. Widziałem naprawdę wiele ciekawych rzeczy.

KJ: No właśnie, w jaki sposób dostarczane były do poszczególnych baz np. spychacze czy inny sprzęt niezbędny do pracy?

JZ: Po sprzęt jeździło się osobiście, właśnie do portu w Aleksandrii. Od Ismailii było chyba 400 km. Jechaliśmy bardzo długo, ponieważ korzystaliśmy z dróg pustynnych. Sprzęt dostarczany był statkami. Widziałem dwa polskie statki ,,Radzionków? i ,,Oliwa?, z których wyładowywano np. nasze BAT-y oraz inne niezbędne zaopatrzenie. Sprzęt do transportu przeładowywany był na platformy czołgowe. Z tymi maszynami na lawetach w konwoju udawaliśmy się z powrotem do bazy. Podróż zajęła nam całą noc. Po załadowaniu na trajlery ciężkich maszyn, wracaliśmy dwoma busami Mercedesa, klimatyzowanymi, obmalowanymi na biały kolor z czarnymi oznaczeniami UN. Takich pojazdów wówczas w Wojsku Polskim nie było.

KJ: Podczas takich wyjazdów i działania w drużynie wszyscy dogadywali się ze sobą? Nie było problemów?

JZ: Nigdy nie było większych problemów, jeśli chodzi o sytuacje między żołnierzami zarówno w bazie jak i poza nią np. podczas wycieczek, pracy w terenie czy pobytu w Ismailii.

KJ: Z jakimi żołnierzami Polacy utrzymywali najlepsze stosunki?

JZ: Zdecydowanie ze Szwedami. Z Kanadyjczykami i innymi również dobrze się dogadywaliśmy, jednak najlepiej nam się współpracowało ze Szwedami.

KJ: A jak wyglądała kwestia dostarczania do oddalonej bazy El Tasa środków niezbędnych do życia m.in. żywności i wody?

JZ: W bazie mieliśmy własne oczyszczalnie wodne. Przy ich obsłudze pracowali również polscy żołnierze. Korzystaliśmy tylko z tego prowiantu który otrzymywaliśmy w bazie, ponieważ np. picie napojów obcego pochodzenia niosło ze sobą ryzyko zatrucia. Każdy miał przy sobie wodę z bazy, jeśli natomiast wyjeżdżaliśmy w teren dostawiliśmy oranżady w proszku tzw. ,,American Juice?. Wsypywaliśmy je do baniaków z wodą i korzystaliśmy z tego. Smaczne to nie było, ale przydawało się w trakcie pracy w upale. Zazwyczaj bańka 5 l wody czy oranżady starczała nam na około 3-4 godziny. Mieliśmy również do dyspozycji kompoty, dżemy czy izraelskie ziemniaki, więc z zaopatrzeniem nie było większych problemów. Najwięcej produktów owocowych i warzywnych otrzymywaliśmy od Węgrów. W większości baz jedzenie było więc prawie identyczne, ponieważ dostawy żywności były równo rozdzielane między wszystkie bazy.

KJ: Czy podczas Pana pobytu w Egipcie kontaktował się Pan z rodziną? Czy było to możliwe, czy raczej były problemy z korespondencją z Polski?

JZ: Z tym nie było większych problemów. Listy, gazety, to wszystko dostarczano z kraju samolotami do Kairu i stamtąd rozwożono do baz. Listy średnio trzy razy w tygodniu, natomiast świeże gazety co dwa dni. Dlatego mimo tak znacznej odległości jaka dzieliła nas od ojczyzny, od rodzin, ta rozłąka nie była taka odczuwalna.

KJ: Jaki był stosunek miejscowych do żołnierzy wojsk ONZ? Czy byli oni wrogo nastawieni?

JZ: Ogólnie miejscowi odnosili się do nas poprawnie, chociaż z ludnością cywilną nie mieliśmy zbyt dużej styczności, pracowaliśmy głównie na pustyni. Nie można było się za bardzo zbliżać do nikogo ze względów bezpieczeństwa. Czasem mieliśmy okazje się z nimi zetknąć i nigdy nie było niemiłych incydentów. Dzieci się nas nie bały i biegały za nami, czasem dzieliliśmy się z miejscową ludnością żywnością, nie byli wrogo nastawieni.

KJ: Widzę na Pańskiej twarzy uśmiech, domyślam się, że miło Pan wspomina ten okres?

JZ: Tak, tak, ja zawsze, kiedy jest okazja, miło wspominam służbę w wojsku, a w szczególności chętnie wracam myślami do wspomnień z misji w Egipcie.

KJ: To może na koniec opowie Pan jakąś zabawną anegdotkę związaną z tą misją? Może pamięta Pan jakąś zabawną historię z tamtego okresu?

JZ: Było naprawdę mnóstwo zabawnych sytuacji, teraz już nie pamiętam wszystkich, ponieważ minęło już prawie czterdzieści lat od momentu kiedy byłem w Egipcie. Pamiętam, jeszcze zanim tam dotarliśmy, lecieliśmy nad Morzem Śródziemnym. Patrzeliśmy z wys. 10.000 m na wzburzoną toń morza z kolegą i mówiliśmy do siebie ,,popatrz jakie tu bogactwo, ile żaglówek!? a to były białe fale morskie (śmiech). Pierwszy raz widzieliśmy morze z lotu ptaka więc było to dla nas coś nieznanego i wynikła z tego zabawna sytuacja.

Natomiast już w samym Egipcie mieliśmy pewną przygodę z kameleonem. Otóż kiedy pewnego dnia wracaliśmy do bazy po pracy, zauważyliśmy zwierzaka na drodze. Przebiegł nam drogę i schował się między kamieniami. Poszliśmy go szukać. Udało się go wypłoszyć i złapać. Przywieźliśmy go do budynku w którym mieszkaliśmy. Później zaczęliśmy się nim chwalić. Po pewnym czasie przyszedł nasz lekarz zobaczyć kameleona, ale gad się przestraszył i nam uciekł. Biegał po całej salce, w której go trzymaliśmy. Chował się gdzie tylko mógł. Od lekarza dowiedzieliśmy się, że to nie był kameleon! Okazało się, że złapaliśmy jadowitego gada, który przypominał wyglądem kameleona! Na szczęście ani nam ani gadzinie nic się nie stało. Złapaliśmy go i wypuściliśmy z powrotem na wolność. Całe szczęście, że obeszło się bez ofiar! (śmiech)

KJ: Dziękuję Panu za rozmowę

FOT.4 Zbiórka personelu Polskiego Szpitala Polowego z proporcem ufundowanym przez ministra obrony narodowej. Foto z kolekcji Krystyny Borsy

5. W tym samym czasie, podczas VIII Zmiany, we wspomnianym szpitalu polowym ? Polish Military Hospital pracowała p. Krystyna Borsa, szefowa punktu krwiodawstwa wojskowego. W dniu 15 maja 2010 r. przeprowadził z nią wywiad Andrzej Antosz, student BN.

Andrzej Antosz (AA): Co trzeba było spełnić, żeby pracować w krwiodawstwie wojskowym?

Krystyna Borsa (KB): Przede wszystkim trzeba było być fachowcem w tej dziedzinie. Ja od zawsze w tym pracowałam, więc fachowcem byłam dobrym.

AA: Jak to się stało, że pani znalazła się na tej misji?

KB: To był czas kiedy Pomorski Okręg Wojskowy organizował zmianę, ósmą z kolei. Potrzebowali pielęgniarek, lekarzy oraz osobę do prowadzenia krwiodawstwa. Kiedy zostałam zakwalifikowana wysłano mnie wraz z grupą wyjazdową do Budowa koło Szczecinka, gdzie była duża jednostka wojskowa, na terenie której przechodziliśmy wszechstronne szkolenie. Od rysu historycznego terenu przez język angielski aż po warunki klimatyczne. Dodatkowo nas kobiety uczono maszerować, gdyż na miejscu odbywały się często defilady i apele oraz wizytacje wysokich urzędników z ONZ. Co ciekawe te umiejętności przydały mi się, kiedy sekretarz generalny ONZ udekorował nas, polskie pielęgniarki osobiście pamiątkowym medalem ?w służbie pokoju?.

AA: Jakie było pani nastawienie odnośnie wyjazdu?

KB: Przede wszystkim to musi pan sobie zdać sprawę jakie to były czasy. Wtedy wyjazd na wakacje do Bułgarii to było coś, o Jugosławii nie wspominając, a tutaj Afryka. Ja akurat lubiłam podróżować. ZSRR zwiedziłam wzdłuż i wszerz aż do Uralu. Miałam koleżanki w Towarzystwie Przyjaźni Polsko Radzieckiej i papiery pilota wycieczek. Wtedy nasze krwiodawstwo było bardzo bogate i fundowało honorowym krwiodawcom wycieczki, które obsługiwałam jako pilot.

Kiedy usłyszałam o możliwości wyjazdu na misję do Egiptu bardzo się ucieszyłam i potraktowałam to jako kolejną przygodę. Wyjątkowo ciekawiła mnie tamtejsza kultura, klimat, zabytki, o których się czytało i słyszało, ale to nie to samo co zobaczyć na własne oczy. Jedyne opory, że trzeba było zostawić męża, dziecko. Mąż nie protestował, tylko musiał się przyzwyczaić do prowadzenia domu. Utrzymywaliśmy kontakt listowy. Nie było technicznych możliwości prowadzenia rozmów telefonicznych z krajem. Warto też wspomnieć, że czarterowy samolot przylatywał trzy razy w tygodniu z kraju do Kairu i przywoził tam korespondencję.

Odlatywaliśmy z lotniska Zegrze Pomorskie koło Koszalina. Żegnały nas licznie przybyłe rodziny i wtedy nie dało się ukryć łez wzruszenia. Lądowaliśmy na lotnisku w Kairze. Po przylocie pierwsze wrażenie to bez wątpienia ogromny, wielokolorowy i wielonarodowy tłum, który po prostu porażał. Tym bardziej, że ja nigdy wcześniej nie byłam w takich krajach, a czarno biała telewizja nie przekazywała takich obrazów. Wysoką temperaturę znosiłam bardzo dobrze, mimo że trafiłam na okres największych upałów (czas mojej zmiany był od czerwca do końca grudnia). Powietrze tam jest całkowicie suche. Człowiek nie poci się, tylko płyny od razu z niego parują, zresztą o tym też nam mówili na szkoleniu przed wyjazdem.

Spotkałam tam wiele zaskakujących rzeczy. Na przykład pogrzeb, gdzie chowa się człowieka bez trumny, a kolorem żałobnym jest biały, taki całkowity kontrast wobec Polski. Albo mylące kontrasty materialne. Widzi pan lepiankę z gliny, a przed nią siedzi Arab z radiem lepszym, niż te co w Polsce można było wtedy kupić za duże pieniądze. Egipskie domy były też inne. Na dachu trzymano cały dobytek z kurnikami włącznie, tam też toczyło się życie towarzyskie.

AA: Czy w momencie wyjazdu była pani świadoma zadań, które tam czekają?

KB: Jechałam jako szefowa punktu krwiodawstwa, ale w rzeczywistości byłam tam zarazem i szefową i personelem i pielęgniarką. Tworzyłam jednoosobową załogę punktu krwiodawstwa w Ismalili.

AA: Jak wyglądała stacja w momencie objęcia służby, czy była już zorganizowana?

KB: Kiedy przyjechałam nie było już mojego poprzednika, który de facto nic mi nie przekazał. Dodatkowo zdziwił mnie stopień wyposażenia tego laboratorium. Był rok 1977, a w Polsce w tej dziedzinie takiej aparatury jeszcze nie było. Tam natomiast zetknęłam się z najwyższej jakości sprzętem amerykańskim.

Punkt nie miał zapasu krwi. Polacy improwizowali – najlepszym magazynem okazali się żołnierze, którzy tworzyli tzw. chodzący bank krwi. Takie nietypowe rozwiązanie wynikało też pośrednio z okresu ważności krwi, który obecnie jest wydłużony, a wtedy wynosił 21 dni. Po tym okresie trzeba ją było utylizować, jeśli nie została wykorzystana. Mieliśmy opracowane wyniki badań wszystkich naszych żołnierzy przeprowadzane przed wyjazdem, m.in. z zaznaczonymi grupami ich krwi. System sprawdził się dobrze w momencie wypadku Indonezyjczyków, gdzie puściłam przez megafony informację i od razu znaleźli się dawcy. Szpital mieścił się w dawnym budynku akcjonariuszy Kanału Sueskiego w Ismalilii. Otaczało go ogrodzenie, za którym była normalna zabudowa ? chatynki i lepianki.

AA: Czy może pani powiedzieć coś o warunkach pracy w obozie ONZ?

KB: W godzinach 12-16 następowała sjesta. Wtedy w ogóle się nie pracowało, co wynikało z temperatury panującej w tych godzinach, która uniemożliwiała wykonywanie jakichkolwiek czynności. Czasami to upał był na tyle porażający, że człowiek ograniczał ubiór do minimum, co czasami rodziło zabawne sytuacje.

W tamtym czasie siły pokojowe UNEF II tworzyły kontyngenty z siedmiu krajów. Polacy obsługiwali m.in. szpital, jedyną taką placówkę w misji. Był on często używany, ale raczej w kontekście chorób niż poważnych wypadków, głównie to były gorączki i biegunki (tzw. zemsta faraona). Mnie osobiście te ?atrakcje? ominęły bo stosowałam się do zasad higieny i tego co nam zalecili, zakazu spożywania jedzenia spoza kantyny. Jedzenie było izraelskie, kanadyjskie, amerykańskie i trochę polskiego. Kiedy gdzieś jechaliśmy, dostawaliśmy racje w konserwach. Najczęściej w jednej była zupa mleczna, w innej jakieś mięso i warzywa. Obsługa szpitala była arabska, personel medyczny z Polski.

Tutaj chciałabym opowiedzieć pewną anegdotę. Otóż w czasie naszej zmiany przypadł ramadan, gdzie w dzień nie wolno muzułmanom pić i jeść. Pewnego razu zobaczyłam jedną ze sprzątaczek schowaną w kącie i jedzącą. Mówię jej ?Samia Allach patrzy a ty jesz??, a ona ? Tutaj mnie Allach nie widzi, bo się w kącie schowałam?.

AA: Czy żeński personel był jakoś specjalnie odgradzany od reszty obozu?

KB: Nie. Miałyśmy tylko jeden budynek, gdzie tylko mieszkały kobiety, ale ani nie był on odgrodzony od reszty kompleksu, ani nikt go nie pilnował. Oczywiście było to wszystko w obrębie obozu ONZ odgrodzonego od miasta.

AA: Czy organizowano jakieś formy rozrywki w obozie?

KB: Były spotkania i potańcówki. Nikt nie robił problemów.

AA: Czy istniała możliwość zwiedzenia Egiptu?

KB: Tak. Dowództwo było bardzo przychylne takim inicjatywom, w efekcie czego zwiedziłam wszystkie ciekawsze miejsca i to po kilka razy. Często to było tak, że po pracy wsiadaliśmy w samochody z napisem UN i jechaliśmy na wycieczki. Zwiedziłam muzeum w Kairze, które ze względu na swoje rozmiary wymagało kilku podejść. Widziałam też Dolinę Królów, miejsce położone na środku pustyni. Było tam bardzo gorąco, dodatkowo im głębiej w te groby tym bardziej duszno. W tych najgłębszych, to nawet powietrza czasem brakowało. Byłam też w Luksorze i świątyni Karnaku. Byłam w Wielkiej Piramidzie, ale nic specjalnego tam nie było, tylko korytarze i katafalk ustawiony na końcu. Zwiedziliśmy też wojskowy cmentarz pod El Alamein z grobami polskich żołnierzy. Oprócz tego byłam też w Syrii i zwiedzałyśmy Damaszek, z jego kryształowym meczetem. Żeby tam wejść to musiałyśmy założyć strój przykrywający głowę. Ja się tego tak brzydziłam, ale meczet był piękny.

AA: Jakie były wasze relacje z mieszkańcami?

KB: Wie pan, byliśmy już ósmą zmianą, co oznaczało, że wojsko stało tam już cztery lata. Rdzenna ludność dobrze posługiwała się językiem polskim. Odbywał się handel. Między innymi opłacało się tam kupować złoto, bo w tamtym czasie w Polsce jego ceny były kosmiczne. Po złoto jeździło się do Port Saidu na taki tzw. złoty rynek (suk). Śmiesznie to wyglądało, bo stała budka zbita z desek, która się ledwo całości trzymała, a ściany oblepione miała złotem, jak kilku jubilerów w Polsce.

Przypomina mi się anegdota z oszukiwaniem na wadze kruszcu. Pewnego razu zauważyłam na targu, że masa na wyświetlaczu wagi strasznie skacze. Po chwili odkryłam fortel: na szalkę do ważenia złota szedł nawiew z wiatraczka co zawyżało masę biżuterii.

Wspomnieć też należy o tym, że jak pojechałam tam z koleżankami, które też miały blond włosy, to nie dawało się normalnie przejść. Każdy szczypał, zaczepiał, za włosy ciągał, bo dla nich blondynka to była egzotyka. Najgorzej to z tym było na plażach. Żebyśmy się w morzu mogły wykąpać, to żołnierze musieli okrąg zrobić, bo miejscowi nie dawali spokoju, nawet w wodzie.

Ciekawe rzeczy też działy się na trasach przejazdów naszych wycieczkowych samochodów. Kiedy stawaliśmy gdzieś w pustym polu na przerwę, a właściwie wśród piachów, to po chwili tłum Arabów wyrastał dosłownie spod ziemi. Były to najczęściej kobiety i dzieci, które dosłownie wyrywały nam jedzenie z rąk, czy nawet puste już puszki po konserwach. Dosłownie wszystko im było potrzebne. Ale społeczność lokalna nie pałała do nas nienawiścią.

AA: Czy nawiązała tam pani może jakieś znajomości międzynarodowe?

KB: Proszę pana, to były inne czasy. Pan żyje teraz w wolnym kraju. Nam tam nie wolno było nawiązywać kontaktów. Jak raz na imieniny do chirurga przyszedł Ghańczyk, to później nas bez przerwy ścigali oficerowie służb. Nazywaliśmy ich gumowe uszy, było ich pełno. Najeżdżali z pytaniami – a o czym rozmawialiście, a po co on przyszedł, itp. Tam po prostu niemożliwe były kontakty, ograniczaliśmy je dla samego świętego spokoju. Tyle tylko, co z pacjentami.

AA: Czy miała pani tam dostęp do zagranicznej prasy?

KB: Tak, z tym nie było problemu.

AA: Jak wyglądała kwestia wynagrodzenia?

KB: Pensje wysyłano do Polski, a tam dostawałyśmy kieszonkowe, to właśnie z niego kupowałam sobie biżuterię i inne pamiątki. Pobory składały się ze zwykłej wojskowej pensji i 150 dolarów. Jak się później okazało, państwo nas oszukało, bo ONZ płacił o wiele więcej, nawet i 1500 dolarów za osobę. Zrobiło się głośno, gazety zaczęły o tym pisać, ale ostatecznie nic nie udało się załatwić.

AA: Dziękuję Pani za rozmowę

FOT.5 Krystyna Borsa przed wejściem do Polskiego Szpitala Polowego misji UNEF II. Foto z kolekcji Krystyny Borsy

6. Zakończenie

Mimo, że polscy wojskowi uczestniczyli w działaniach na rzecz pokoju od 1953 r. w komisjach rozjemczych (Korea, Indochiny, Nigeria), to jednak udział polskiego kontyngentu w operacji UNEF II stanowił jakościowo nowe wyzwanie. Zwarty oddział wojskowy, pierwszy taki zza żelaznej kurtyny wziął udział w działaniach sił zbrojnych ONZ8. Stąd ogromne zainteresowanie m.in. dziennikarzy z całego świata postawą wojskowych służących pod błękitną flagą, z emblematami POLSKA na rękawach mundurów.

Dyscyplinę i porządek oraz determinację w wykonywaniu zadań przez polskich żołnierzy dowództwo sił misji, politycy i dyplomaci oceniali jako wzorowe i to w sensie dosłownym, wielokrotnie przedstawiając ich jako przykład innym kontyngentom. Ta cecha w większości charakteryzowała kolejne pokolenia polskich ?peacekeeperów?.

Jednym z największych niedomagań polskiego personelu wysyłanego na misje ONZ w okresie PRL była niedostateczna znajomość języka angielskiego. PRL cierpiąca na chroniczny brak wymienialnych walut zarabiała na wysyłaniu kontyngentów na misje. Finanse z ONZ (co prawda czasami poniewczasie) trafiały jako zapłata do budżetu państwa-kontrybutora. Stamtąd, już wedle uznania władz danego państwa, pieniądze przekazywano na wypłaty dla personelu służącego w misjach. Żołnierze polskich kontyngentów przez dziesięciolecia należeli do najgorzej opłacanych i to nie tylko w czasach PRL ale również III RP.

Decydenci PRL umieli znakomicie wykorzystać propagandowo ?zaszczytną służbę swoich wojsk w imię pokoju?, natomiast nie wykazywali większego zainteresowania warunkami i przebiegiem służby w rejonie operacji. Tak w okresie PRL jak i, o dziwo, w pierwszej dekadzie lat dziewięćdziesiątych, w odróżnieniu od państw ? kontrybutorów z demokracji zachodnich oraz państw azjatyckich czy afrykańskich, do polskich żołnierzy nie przybywali żadni przedstawiciele cywilnych władz.

W związku z tym, że Egipt zrewidował swoją politykę w stosunku do Izraela, wojska tego ostatniego wycofały się z Półwyspu Synaj i tym samym operacja UNEF II zakończyła swoją działalność w 1979 r. Prze szeregi polskiego kontyngentu w Egipcie przewinęło się 11 699 żołnierzy i pracowników cywilnych. Przez kolejne dziesięciolecia była to największa ilość Polaków służących w jednej misji.

1 Second United Nations Emergency Force. Pierwszą misją z użyciem sił pokojowych w historii ONZ była UNEF rozwinięta nietypowo, na mocy rezolucji Zgromadzenia Ogólnego (a nie Rady Bezpieczeństwa) w 1956 r., po agresji wojsk izraelskich oraz angielsko ? francuskich (operacja Muszkieter) na Egipt. Stąd kolejna misja powołana w 1973 w Egipcie określono UNEF II.

2 D. Kozerawski, Udział jednostek Wojska Polskiego w międzynarodowych operacjach pokojowych w latach 1973 ? 2003. Wybrane Problemy. Warszawa 2004, s. 10.

3 United Nations Disengagement Observer Force.

4 Strona kanadyjska odpowiedzialna była za kontrolę osób i ładunków, organizowanie i obsługę łączności oraz zabezpieczenie działań lotnictwa transportowego. Zob.: G. Ciechanowski, Żołnierze polscy w misjach i operacjach pokojowych poza granicami kraju w latach 1953-1989, Toruń 2007, s. 126-190.

5 Tamże, k. 82.

6 G. Ciechanowski, Morskie akcenty służby polskich żołnierzy w Egipcie pod błękitną flagą ONZ, ?Zeszyty Naukowe Akademii Morskiej w Szczecinie?, Szczecin 2009, Nr 18, s. 24?33.

7 Było to jedno z najbardziej samotnych miejsc na pustyni. Jak wspominał Bogdan Bartnikowski, bazę tworzyło kilkanaście domków bezładnie rozrzuconych na wierzchołku płaskiego wzgórza. Nad nimi wznosił się wysoki maszt kanadyjskiej radiostacji i pokrzywione słupy oświetleniowe. Bazę otaczało morze piasku, bez śladu jakiejkolwiek zieleni. Oko nie napotykało na żadne przeszkody. Widok rozciągał się na około dwadzieścia kilometrów. B. Bartnikowski, W misji specjalnej, Warszawa 1978, s. 150.

8 Wcześniej, w misji UNEF I wzięły udział wojska jugosłowiańskie. Ten komunistyczny kraj zdołał się jednak przeciwstawić chęci dominacji ZSRR i popadł w niełaskę Moskwy. Nie należał do Układu Warszawskiego. Skutkiem tego, w okresie zimnej wojny jego siły zbrojne były wyposażane m.in. w sprzęt produkcji USA. Polska natomiast była państwem z kręgu tych ściśle podporządkowanych ZSRR.

Informacje na temat misji UNEF II:

Zdjęcia członków Koła uczestniczących w misji UNEF II:

Ten wpis został opublikowany w kategorii Zagraniczne misje WP. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Grzegorz Ciechanowski, Wspomnienia uczestników operacji UNEF II w opracowaniach studentów Bezpieczeństwa Narodowego.

  1. Witold Grzybowski pisze:

    Witam,
    W UNEF słuzyłem od 17.V.1978 do 16.XI.1978 w Ismailii w Szpitalu Polskim jako tłumacz.
    (Byłem w stopniu podchorąży – czyli po studiach w ramach słuzby wojskowej rocznej).
    Nazywam się Witold Grzybowski i pozdrawiam kolezanki i kolegów z Misji.
    (dysponuje obszernym zbiorem slajdów z Misji i licznych eskapad po Egipcie)
    Chetnie skontaktuje się z Kolega Tadeuszem (lekarz), z którym weszlismy na szczyt piramidy Cheopsa.

  2. KRASZKIEWICZ pisze:

    Witam wszystkich nazywam sie Kinga Kraszkiewicz i szukam informacji o moim tacie ktory byl w egypt ismailia 1975 nazywal sie Piotr Pawel Kraszkiewicz z Sulochowa Woj. Lubuskie Bylabym bardzo wdzieczna za jakie kolwiek informacjie , moze ktos go znal Smile Pozdrawiam serdecznie .

  3. G. Mikosz pisze:

    Cytat: „Tak w okresie PRL jak i, o dziwo, w pierwszej dekadzie lat dziewięćdziesiątych”

    Bo tych dekad w latach dziewięćdziesiątych to było, a było…
    ROTFL

  4. chor.rez.Andrzej Wojcik /6PDPD/ pisze:

    Szukam kontaktu z uczestnikami misji UNEF II , I zmiana 1973/1974. Posiadam duzo zdjec z tamtego okresu i spory „bagaz” doswiadczen . Pelnilem funkcje technika lacznosci I zmiany.Prowadzilem jednoosobowy warsztat naprawy sprzetu lacznosci. Prosze o kontakt e-mail.

    • G.Ciechanowski pisze:

      Panie Andrzeju, odzywam się w odpowiedzi na Pana wiadomość.
      Chętnie porozmawiam na temat Pana udziału w tej misji w Egipcie.
      Pozdrowienia, Grzegorz Ciechanowski

      • Andrzej Wojcik pisze:

        Bardzo chetnie porozmawiam z Panem i dziekuje za chec nawiazania kontaktu.Mysle ze ze okres zaraz po Nowym Roku bedzie luzny i ze bedzie Panu odpowiadal. Serdecznie Pozdrawiam i skladam Najlepsze Zyczenia Swiateczne i Noworoczne.

    • Natalia pisze:

      Panie Andrzeju, piszę pracę dyplomową na temat udziału 6PDPD i byłabym bardzo wdzięczna, gdyby zechciał się Pan ze mną skontaktować. Podaję mój email: natalia123.95@gmail.com
      Pozdrawiam i życzę Spokojnych i Rodzinnych Świąt Smile

  5. rufino cuervo pisze:

    Quisiera saber si el soldado buitrago Rodriguez Luis Alfredo, estuvo en egipto integrando el batallon colombie y en que a?os y cuanto dura en el suez.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Warning: fsockopen(): unable to connect to www.sweetcaptcha.com:80 (Connection timed out) in /home/skmponz/domains/skmponz.szczecin.pl/public_html/wp-content/plugins/sweetcaptcha-revolutionary-free-captcha-service/library/sweetcaptcha.php on line 81

Kliknij aby dodać emotikonę

SmileBig SmileGrinLaughFrownBig FrownCryNeutralWinkKissRazzChicCoolAngryReally AngryConfusedQuestionThinkingPainShockYesNoLOLSillyBeautyLashesCuteShyBlushKissedIn LoveDroolGiggleSnickerHeh!SmirkWiltWeepIDKStruggleSide FrownDazedHypnotizedSweatEek!Roll EyesSarcasmDisdainSmugMoney MouthFoot in MouthShut MouthQuietShameBeat UpMeanEvil GrinGrit TeethShoutPissed OffReally PissedMad RazzDrunken RazzSickYawnSleepyDanceClapJumpHandshakeHigh FiveHug LeftHug RightKiss BlowKissingByeGo AwayCall MeOn the PhoneSecretMeetingWavingStopTime OutTalk to the HandLoserLyingDOH!Fingers CrossedWaitingSuspenseTremblePrayWorshipStarvingEatVictoryCurseAlienAngelClownCowboyCyclopsDevilDoctorFemale FighterMale FighterMohawkMusicNerdPartyPirateSkywalkerSnowmanSoldierVampireZombie KillerGhostSkeletonBunnyCatCat 2ChickChickenChicken 2CowCow 2DogDog 2DuckGoatHippoKoalaLionMonkeyMonkey 2MousePandaPigPig 2SheepSheep 2ReindeerSnailTigerTurtleBeerDrinkLiquorCoffeeCakePizzaWatermelonBowlPlateCanFemaleMaleHeartBroken HeartRoseDead RosePeaceYin YangUS FlagMoonStarSunCloudyRainThunderUmbrellaRainbowMusic NoteAirplaneCarIslandAnnouncebrbMailCellPhoneCameraFilmTVClockLampSearchCoinsComputerConsolePresentSoccerCloverPumpkinBombHammerKnifeHandcuffsPillPoopCigarette