Działania polskich żołnierzy w Iraku w wywiadach prowadzonych przez studentów Bezpieczeństwa Narodowego Uniwersytetu Szczecińskiego

Prof. Wiesław Wróblewski ze studentami Bezpieczeństwa Narodowego US. Z książką w ręku Daniel Andryszczak, jeden z autorów wspomnień.

Studenci kierunku Bezpieczeństwo Narodowe (BN) realizowanego przez Katedrę Badań nad Konfliktami i Pokojem Uniwersytetu Szczecińskiego, http://www.us.szc.pl/main.php/kbnkip  której twórcą i kierownikiem jest prof. zw. dr hab. Wiesław Wróblewski uczestniczą w projekcie ?W mundurze na Pomorzu Zachodnim?. W jego ramach prowadzą badania polegające na wyszukiwaniu m.in. uczestników operacji pokojowych i zbieraniu materiałów dotyczących ich służby poza granicami kraju. W przypadku studentów studiów niestacjonarnych, weteranów operacji pokojowych, często sami opisują swoje własne doświadczenia.

W 2012 roku ukazała się publikacja pod redakcją prof. Andrzeja Aksamitowskiego ?Na ostrzu miecza stoją nasze sprawy? wydana dla uczczenia 70 lecia prof. W. Wróblewskiego. Autorem jednego z z artykułów jest ppłk rez. dr Grzegorz Ciechanowski, który w swoim materiale wykorzystał niepublikowane dotąd wspomnienia żołnierzy, weteranów operacji „Iracka Wolność”. Wywiady oraz relacje świadków i uczestników wydarzeń należą do źródeł specyficznych ? są zawsze odzwierciedleniem subiektywnych odczuć i spostrzeżeń poszczególnych ludzi. Z drugiej jednak strony można tam znaleźć informacje niedostępne w żadnych oficjalnych dokumentach: rozkazach, sprawozdaniach czy raportach. Wywiady pozwalają też badaczowi, w tym wypadku studentowi BN, stanąć twarzą w twarz z człowiekiem, który uczestniczył w ważnych wydarzeniach. To na pewno emocjonujące przeżycie, szczególnie dla młodego człowieka interesującego się zagadnieniami bezpieczeństwa narodowego. Wśród licznych prac znalazły się i te, traktujące o polskim uczestnictwie w operacji „Iracka Wolność”. Warto przytoczyć kilka z nich.

W 2010 r. Robert Juszczak, Daniel Kulon, Katarzyna Majewska przeprowadzili wywiad z kpt. Wojciechem Dębowskim, oficerem CIMIC 12. Szczecińskiej DZ, który brał udział w I i II Zmianie PKW Irak. Oto fragmenty jego wspomnień:

 ?EGZYSTENCJA W BAZIE?

Dla Europejczyka wilgotność i temperatura w czasie pierwszych trzech tygodni była nie do przyjęcia. Nietypowy klimat daje się tak we znaki, że nie uwierzyłbym w to, gdybym tego sam nie przeżył. Wypijaliśmy od sześciu do nawet dziesięciu litrów wody na dobę, by nie dopuścić do sytuacji odwodnienia i osłabienia organizmu, co skutkowało biegunkami. Często ?siadały? klimatyzatory, a wtedy zaczynał się horror.

Woda do kąpieli była przywożona w ilościach ograniczonych, bo jest to atrybut tak cenny, że nie można go ?marnować?. Zresztą mundur po przepraniu wysychał na wiór dosłownie w pięć minut, gdy wystawiło się go na słońce.

Spałem w namiocie z łóżkami piętrowymi w którym mieściła się połowa kompanii (rozmiary około 50m na 10m). Pierwsze w miarę zjadliwe posiłki pojawiły się po miesiącu, gdy wreszcie dotarła nasza polska kuchnia. Pierwsze wiadomości z kraju dotarły do nas gdy do Babilonu przyleciał Prezydent RP A. Kwaśniewski by złożyć życzenia wigilijne w grudniu 2003 r.

 ?WYPŁATA PENSJI?

Jednym z zadań jakie przejęliśmy od Amerykanów była ochrona nad funkcjonującymi zakładami pracy i fabrykami. Wypłaty pieniędzy robotnikom i strażnikom, policjantom oraz innym mundurowym, dokonywała nasza grupa. Opisana sytuacja miała miejsce praktycznie każdego miesiąca mniej więcej w tym samym czasie do 10-ego każdego miesiąca. Organizacja przedsięwzięcia była z perspektywy dzisiejszych dni nie do pomyślenia. Z jednej strony występował polski żołnierz formacji CIMIC, tłumacz i kasjer z ogromną kwotą pieniędzy, a z drugiej około 300 pracowników i mundurowych funkcjonariuszy różnej maści. Jedyny nasz środek obrony to broń osobista i dodatkowo łączność przez motorolę. Bez patrolu, bez obstawy.

 ?AIN AL TAMUR?

Ain Al Tamur to miejscowość oddalona około 60 km na wschód m. Karbali. Systematycznie co dwa tygodnie odwiedzali miejscowego szejka (sołtysa) i zamieszkałą tam ludność w celu zebrania informacji na różnego rodzaju tematy (nastroje wśród społeczności, trapiące ją problemy np. brak bieżącej wody, brak systematycznych dostaw prądu, brak kanalizy, co w pierwszej kolejności można było zauważyć i poczuć, problem z wyborem miejsca do zbudowania lub odbudowy szkól, szpitali, ujęć wody itp.). Ludzie otwarci, serdeczni, szczególnie bardzo zadowolone były dzieci, gdy widziały polskich żołnierzy.

Nie było tak różowo na początku, aż do momentu gdy poprzez tłumaczy wyjaśniono im, że nie jesteśmy Amerykanami, a Polakami. Miejscowi nie lubili Amerykanów mieli na nich alergię z powodów oczywistych ? uważali ich za najeźdźców, agresorów. Często można było usłyszeć ?Gut Bolanda?. Bolanda ? co w irakijskim znaczy Polska.

Doceniali nasze zaangażowanie w odbudowę ich państwa po niedawno zakończonej wojnie. Zbieraliśmy tam również informacje o stanie zdrowia i upowszechniania wśród nich bardziej higienicznego trybu życia. Organizowaliśmy tzw. białe niedziele (badania lekarskie). Oprócz miłego słowa i uśmiechu dostawali także różnego rodzaju upominki np. książki propagujące Polskę w języku arabskim, wyprawki dla dzieci które szły do szkoły (w pierwszych miesiącach po wojnie nie zawsze był to budynek nadający się do eksploatacji np. brak okien, ściany). Aby powstała więź zaufania, patrole przy wjeździe do wioski zdejmowały kamizelki i hełmy. Broń jednak mieliśmy przy sobie.

 ?AKCJA NA MIEŚCIE?

Pierwszy dzień po świętach Bożego Narodzenia (27.12.2003 r. ? przyp. aut.), wyruszyliśmy na kolejny, jak to nazywaliśmy ?CIMIC patrol?. Po dwóch dniach przerwy (dla nas, bo urzędy irackie pracowały normalnie) ruszamy do pobliskich miast i wiosek na kontrole kończących się budów i spotkania z szejkami. Po lanczu w Camp Juliet w Karbali jedziemy do kolejnego punktu na naszej trasie, gdy nagle docierają do nas odgłosy potwornych wybuchów z kliku miejsc w mieście. Udajemy się jak najszybciej do bazy, aby uzyskać informacje o sytuacji. Okazuje się, że zaatakowano trzy miejsca: City Hall czyli Ratusz miasta Karbala, bazę bułgarską i dopiero co przez nas opuszczony Camp Juliet.

Przed ratuszem eksplodował samochód (osobowy) – pułapka. Zazwyczaj przed wejściem gromadził się wielki tłum ludzi, dziś na szczęście było ich niewielu. Jest tylko kilkoro zabitych i rannych, najwięcej ucierpiały zabudowania i wnętrze budynku, w tym biuro naszego przedstawicielstwa CIMIC. Wybite okna, popękane mury i porozbijane meble. Nasi na szczęście są cali i zdrowi chociaż nieźle wystraszeni. Wokół krążą już patrole policji irackiej, naszych i amerykańskich żołnierzy.

Jedziemy wobec tego do Bułgarów. Tu jest gorzej, przez mur przebiła się cysterna i wybuchła dość blisko budynku. Ofiar śmiertelnych na szczęście nie ma, jest natomiast sporo rannych. Na teren bazy, jak się później okazało, miały wjechać dwa samochody wypełnione materiałem wybuchowym. Pierwszy miał robić mur a drugi zdetonować wewnątrz bazy. Właściwa reakcja wartowników z Tajlandii uniemożliwiła ten zamiar i obydwa samochody wybuchły przed ogrodzeniem. Pomoc dla rannych była natychmiastowa. Personel medyczny zarówno polski jak i tajski stanął na wysokości zadania. Przywożeni ranni szybko byli zaopatrywani. Ewakuacja medyczna do szpitali w Bagdadzie też był natychmiastowa. Trzeba tu zauważyć, że najszybciej pojawiły się śmigłowce hiszpańskie z An Najaf chociaż miały najdalej.

Ludzie bardzo szybko otrząsnęli się z tej dramatycznej sytuacji i wszystkie miejsca zostały szybko i sprawnie zabezpieczone a poszkodowani ewakuowani w bezpieczne miejsca. Jednak na ostatnie uroczyste otwarcie szkoły w styczniu 2004 r. pojechaliśmy z duszami na ramieniu. Ceremonia trwała zresztą bardzo krótko i teren był dużo wcześniej obstawiony przez policję iracką i ich nowo powstającą armię. Nie chcieliśmy ryzykować, przecież za dwa tygodnie wracamy do kraju i rodzin.

Ewelina Kasprzak, studentka BN przeprowadziła wywiad z szer. Danielem Kubasem, obecnie przewodniczącym Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych w Misjach poza Granicami Kraju działającym przy Klubie Garnizonowym w Szczecinie. Poniżej fragmenty wywiadu.

Ewelina Kasprzak (EK):

E.K.: Dzień dobry. Może zacznijmy od tego w jakiej jednostce Pan służył, w jakich misjach Pan uczestniczył, w jakich latach?

Daniel Kubas (DK): W wojsku służyłem z pasji. Byłem starszym szeregowym w 3. Pułku Przeciwlotniczym w Szczecinie, ale na misję poleciałem z nieistniejącym już batalionem dowodzenia z Bydgoszczy. Brałem udział tylko w jednej misji, w II Zmianie PKW w Iraku w 2004 r., w której zostałem ranny i wydalony z wojska.

E.K.: Na misję pojechał Pan z własnej woli czy to było ultimatum od wojska?

D.K.: Pojechałem z własnej woli, bo prawdziwy żołnierz tak naprawdę może się sprawdzić dopiero na polu walki, dopiero jak dostanie do ręki broń i musi iść walczyć. Wie Pani co to jest wojna? Strzeliłaby Pani do kogoś z broni?

E.K.: Nigdy nie byłam na wojnie. Nie wiem, jak w rzeczywistości wygląda. Znam ją tylko z opisów. Nie strzeliłabym nigdy do nikogo. Sumienie by mi nie pozwoliło.

D.K.: No właśnie. Bo wy wojnę znacie tylko z suchych faktów. Wyświetla wam się na pasku tvn24 napis ?50 rannych żołnierzy w Iraku? i mówicie, że wojna jest straszna. Ale to trzeba widzieć. Wie Pani, jak wyglądają ranni i zabici na wojnie? To nie są zwłoki. To są szczątki ludzkich ciał. To są obrazy, jakich nie da się opisać i jakich nikt nigdy nie powinien widzieć. Na wojnie trzeba umieć strzelać do ludzi. My mogliśmy robić to w dwóch przypadkach. Jeśli ktoś zagraża wykonaniu zadania, lub jeśli jest narażone życie ludzi z konwoju. Jedna sprawa to do kogoś strzelić, a druga to później z tym żyć. Najgorsze jest to, że później już jest łatwiej do kogoś strzelić. Na wojnie ci, co posiadają broń, mają władzę. Nawet prezydent USA nie posiada takiej władzy. Ci z bronią stają się bogami. Mają władzę nad życiem drugiego człowieka, bo to od nich zależy czy ta druga osoba przeżyje.

E.K.: Strzelał Pan kiedyś do człowieka?

D.K.: Tak. Nie raz. Ale pamiętam sytuację, gdy biegło w naszym kierunku dziecko. Amerykański żołnierz krzyknął po angielsku ?nie zbliżać się, bo otworzę ogień!? My krzyczeliśmy również po arabsku, Amerykanie tylko po angielsku. Dziecko biegło nagie, nie stwarzało żadnego zagrożenia krzyczało ?give me food and water? i nie słyszało rozkazu żołnierza. Gdy zbliżyło się na odległość 2,5 metra Amerykanin strzelił. Wszyscy byli w szoku. Chłopiec miał może 5 lat. Nie wiem czy strzeliłbym do dziecka, które stwarzałoby zagrożenie, nie wiem czy byłbym w stanie, ale w tamtej sytuacji nie strzeliłby nawet gdybym dostał rozkaz prezydenta. Amerykański dowódca uznał, że żołnierz miał prawo strzelać.

E.K.: Ale jak to możliwe? Nie wszystkich obowiązywały te same zasady na otwarcie ognia?

D.K.: Wszystkich obowiązywały te same. Tylko, że nie wszyscy je tak samo interpretowali. Nie jest trudno dać komuś pistolet do ręki i powiedzieć ?idź i walcz?. Trudniejsze jest odpowiedzialne wykonanie zadania. Moim zdaniem trzeba mieć sumienie. Wojna odwraca wszystkie ideały. Wypacza je. Dobro staje się złem i na odwrót, ale trzeba mieć w sobie jakąś cząstkę człowieczeństwa zachowaną.

E.K.: Jak wyglądało uzbrojenie Polaków w porównaniu z wyposażeniem Amerykanów? Jakie narodowości poznał pan na misji, z kim Polscy żołnierze mieli najlepszy kontakt?

D.K.: Porównanie? Tu nie ma czego porównywać. To jest jak syrenka do promu kosmicznego. Amerykanie się z nas śmiali. Pukali się w głowę i mówili, że jesteśmy głupi, że czymś takim jeździmy. Tego po prostu nie można porównywać. Każdy kraj ma inne fundusze. Nawet Słowacy mieli lepszy sprzęt od nas. Mieli lepsze transportery, ale i tak odstawali od armii zachodnich. Największą wartość stanowili polscy żołnierze.

Od zabezpieczenia socjalnego, wyszkolenia, uzbrojenia i wyposażenia osobistego wszystko się zaczyna. To pierwszy poziom ochrony żołnierza, który zapewnia mu bezpieczeństwo i umożliwia dobre wykonanie zadania, ale w tym wszystkim i tak najważniejsze są umiejętności żołnierza. Polacy mieli konwoje wspólne z Amerykanami, więc to z nimi najściślej współpracowaliśmy, ale najlepszy kontakt mieliśmy z Ukraińcami. Być może ze względu na to, że mamy podobną kulturę.

E.K.: Jak wyglądał kontakt z rodziną podczas misji?

D.K.: Praktycznie nie ma na niego zbyt dużo czasu i to nie tylko ze względu na to, że odgórnie jest on ograniczony przez centralę wojskową do 10 min., ale również dlatego, że praca żołnierza na misji trwa tak naprawdę 24 godziny na dobę. Mieliśmy również kontakt e-mail na terenie bazy ograniczony czasowo do pół godziny.

E.K.: Jak wygląda życie po powrocie z misji? Czy człowiek potrafi normalnie funkcjonować?

D.K.: Ludzie różnie sobie radzą po powrocie. Każdy inaczej. Każdy indywidualnie. Ja swojego powrotu nie pamiętam, bo przywieźli mnie na noszach w stanie krytycznym. My tam widzimy rzeczy, jak już wspomniałem, których nikt nie powinien oglądać. Widzimy jak giną nasi przyjaciele, ludzie cywilni od zamachów terrorystycznych, bombowych lub po prostu przez przypadek. Każdy ma inną psychikę i każdy inaczej to przezywa.

E.K.: A czy w jednostce była pomoc psychologa? Bo przecież nie każdy dobrze znosi rozstanie z domem, nie każdy jest odporny na widok wojny.

D.K.: W bazie była pomoc psychologa, ale nikt z niej nie korzystał. Jeden z moich kolegów dowiedział się, że narzeczona go zdradziła. Podłamał się trochę i poszedł do psychologa. Na drugi dzień o wszystkim wiedziała cała kompania, a później cały batalion. Nikt więcej nie popełnił takiego błędu. Nikt więcej tak nie poszedł. Jak czasami dowódca kazał iść do psychologa albo do księdza to się kłamało, że się było.

E.K.: To okropne. Nie rozumiem jak można potraktować w taki sposób człowieka, który ma problem. Powiedział Pan, że wrócił Pan na noszach do Polski. Jeśli mogę zapytać, to w jakich okolicznościach doszło do wypadku i jak silnie ten wypadek wpłynął na Pana dalsze życie?

D.K.: Jeśli chodzi o wypadek to niewiele z niego pamiętam. Wiem, że jechaliśmy z Bagdadu do Babilonu i siedziałem w Honkerze jako celowniczy. Byłem wychylony do połowy z dachu, w dziurze strzelca karabinu maszynowego. Na tym polegała moja praca. Resztę znam już tylko z opowieści kolegów. Samochód, którym jechaliśmy, wypadł z drogi. Obudziłem się po kilku dniach w szpitalu centralnym Amerykanów w Bagdadzie. Doznałem ciężkich urazów czaszki, mózgu i kręgosłupa. Po powrocie do Polski przeszedłem intensywną rehabilitację. W maju zostałem zwolniony ze służby wojskowej ze względu na stan zdrowia. Odszkodowanie dostałem niewielkie i to dopiero po roku, bo lekarze stwierdzili, że dopiero po tym czasie będą w stanie określić procent uszczerbku na zdrowiu.

St. szer. Daniel Andryszczak, student niestacjonarnych studiów BN, kierowca VI Zmiany PKW Irak.

?JAK TRAFIŁEM DO SZCZECINA?

Pamiętam gościa w WKU, pamiętam jego minę i jak klepał się w czoło kiedy na jego pytanie ?….gdzie chcę służyć?? odpowiedziałem ?a która jednostka lata do Iraku??. Usłyszałem ?Szczecin? i zaśmiałem się do siebie, bo tak człowiek całe życie chodził i powtarzał ?no to lecim na Szczecin? no i sobie ten Szczecin wygadałem. I tak trafiłem do 12 Brygady Zmechanizowanej.

Skąd taki pomysł, pomysł wylotu do Iraku? A kto to wie? Tak się zastanawiałem ilu z nas zrobi w życiu coś wielkiego lub będzie czegoś takiego częścią? Pewnie niewielu a Irak wryje się w karty historii z wielkim hukiem. Ktoś pomyśli ?dla kasy? a ja mu odpowiem, że starszy szeregowy na mojej zmianie (VI zmiana PKW) zarabiał całe 1250 dolarów. Na pewno nie kasa, bo była marna.

?JUŻ NA MIEJSCU?

Co było najcięższe, niełatwo określić, tyle mieliśmy do wyboru. Ale pierwsze najbardziej dziadowskie uczucie to to na lotnisku w Kuwejcie. Samolot którym przylecieliśmy zabierał chłopaków z piątej zmiany. Pamiętam te myśli oni już mają, cały ten bałagan za sobą, a przed nami jeszcze tyle. Zbiórka i do autobusów, broń bez amunicji, kamizelka i hełm to była nasza jedyna ochrona przed ewentualnym atakiem na nasz wesoły autokarowy konwój. A nie bagatela, bo do przejechania mieliśmy kilkaset kilometrów co tylko potęgowało w nas przekonanie że walną w nas, jak się widzi. Nie powiem, dostaliśmy ochronę, pluton komandosów z Lublińca na 4 hamerach. Od razu poczuliśmy się lepiej i już bez żadnych wątpliwości wsiadaliśmy ochoczo do autokarów.

Pierwsze co mnie uderzyło po przekroczeniu granicy kuwejcko-irackiej to ilość wraków jeszcze z czasów operacji ?Pustynna Burza?. Było gorąco, szybko zasnąłem. Obudził mnie straszny warkot. Efekt był tym bardziej zaskakujący, że byłem zaspany, a polski Mi-24 przeleciał od naszego autobusu jakieś 15 m i nie wyżej jak 3 metry nad ziemią . To był widok! Mówię wam, uśmiech od ucha do ucha, ta moc. Teraz to mogą nam naskoczyć. Z takimi ochroniarzami (bo eskortowały nas dwa Mi-24) nic nam się zdarzyć nie może!

W Polsce wiele widziałem jednostek, ale tego się nie spodziewałem. Camp Echo to naprawdę ogromna baza. Czapki z głów przed amerykańską logistyką (nasi mogliby się od nich tylko uczyć). Zakwaterowani zostaliśmy w kontenerach około 6 m na 3 m dwuosobowych z klimatyzacją 2 łóżka i szafa. Panowie z V zmiany, co zostali na przekazanie obowiązków dla nas sprzedawali szafki, stołki, telewizory, radia, komputery. Czego nie mieli, można było kupić na ?Hadżi? tak się nazywał rynek na terenie bazy. Sprzedawali tam mieszkańcy Diwaniji, miasto z którą Camp Echo sąsiaduje. Chciałem kupić dresy aby można było pochodzić po bazie nie tylko w mundurze. Kumpel dał mi radę: targuj się oni to uwielbiają, nienawidzą kiedy przychodzisz, a gościu podaje ci ceny, a ty tak po prostu płacisz i idziesz. To są urodzeni ?targowcy?, mają to we krwi.

Rynek, siłownia, kino, salon gier, to wszystko pomagało zapomnieć o tym co tam się działo i można było przez chwilę porobić coś normalnego. Ale to wszystko nie mogło się równać z jednym, mianowicie ze stołówką albo jak ją nazywaliśmy ?difakiem? (DIFAK ? właśc. Dirac, ang. Daily Facility, firma cateringowa na usługach wojsk amerykańskich zajmująca się żywieniem żołnierzy ? przyp. aut.) Pierwszy raz jak tam wszedłem, to nie ogarniałem. Dosłownie zgłupiałem, było wszystko owoce morza ciasta, pieczenie, słodycze, kanapki, zupy, nie wiem – trzeba by to nagrać żeby zapamiętać. Ktoś mi kiedyś powiedział, że to jest część, jak by to powiedzieć, takiej strategii amerykańskiej, która podnosiła morale. Dowiodła 100% skuteczności w moim przypadku. Wiem że Polska to nie jest bogaty kraj i ma niewielkie możliwości, ale czasami wystarczy tylko pokazać zwykły szacunek i to tak wiele daje.

Cóż dla niektórych (byłbym kłamcą gdyby to dotyczyło wszystkich) polskich oficerów liczy się tylko to, co masz na pagonie. Przykładem może być sytuacja, jakiej byłem świadkiem w stołówce. Staliśmy w kolejce, a w pewnym momencie jakiś gościu się przepchnął i poszedł do przodu. Wiecie, jaki to był wstyd? Jak się okazało, to oczywiście nikt inny jak jakiś major, strasznie ciężko zapracowany w sztabie, musiał się posilić w trybie natychmiastowym. Co go obchodziły jakieś tam ludki, które może zaraz wyjeżdżają na patrol. W sumie przeszło by to mu płazem, gdyby nie amerykański pułkownik który stał za nami. Podszedł do gościa i pokazuje mu koniec kolejki a gościu (normalnie nie wierzyłem własnym oczom) palcem pokazał mu swój stopień i mówi mu że jest oficerem WP w stopniu majora!

?PATROLE?

Jeżeli chodzi o ten rozdział to chyba jest najciężej napisać. Tego co tam człowiek widział słowa nie oddadzą. Syf, smród, ubóstwo dookoła, taka dawka w pigułce, trzy w jednym. Mnie osobiście i myślę, że większość chłopaków bolał widok małych dzieci umorusanych, zaniedbanych, błąkających się i żebrzących. Kiedyś pamiętam jak zatrzymaliśmy się w jakieś wiosce. Chłopaki od nas zaczęli rzucać im różne słodycze, napoje. Te dzieciaki normalnie mogłyby się o to pozabijać, więc te najmniejsze nie miały szans.

Gdzieś tam z boku stała mała dziewczynka miała może 3 latka. Spytałem dowódcy, czy mogę. Zgodził się. Wziąłem jakieś ciastka i coś do picia, podszedłem do niej klęknąłem. Była śliczniutka, oczy miała czarne jak smoła, włoski zresztą też. Wzięła ode mnie ciastka i picie, dotknęła mojej twarzy, uśmiechnęła się i podziękowała. Gardło mi ścisnęło, łzy do oczu napłynęły, nie wiem ciężko mi to opisać, ale tak strasznie mi było jej szkoda. Wstałem otarłem łzy, wsiadłem do auta. Dowódca mnie tylko poklepał. Dał mi fajkę i tyle. Pojechaliśmy dalej. Boże, jak bym chciał aby te dzieci tak nie cierpiały.

Zapytacie pewnie czy do nas strzelano? Odpowiem: tak i to często. Co wtedy myślałem, nie pamiętam. Nigdy nie mieliśmy długiej wymiany ognia. Zawsze odpowiedź ogniowa i zrywka z miejsca zagrożenia. Naszym celem było zapewnienie bezpieczeństwa oficerom których eskortowaliśmy i to było najważniejsze. Kiedy padają strzały, działa się jak maszyna. Tak to teraz pamiętam. Strach, czy inne emocje, to przychodzi później, jak się wszystko uspokoi ja tak mam. Czy to dobrze czy źle nie wiem, ale bynajmniej jak już panikować to lepiej po.

Patrycja Kecler, studentka studiów stacjonarnych BN przeprowadziła wywiad z szer. Marcinem Lipowcem z 12. Brygady Zmechanizowanej, uczestnikiem ostatniej zmiany PKW, która trwała od 15 stycznia do 31 sierpnia 2008 r.

Patrycja Kecler (PK): Jakie było Twoje pierwsze wrażenie po przylocie do Iraku?

ML: Szczerze? Nie dowierzałem, że można żyć w tak podłych warunkach. Panujący tam bród był przerażający. Moje wyobrażenia o tym kraju legły w momencie wysiadania z samolotu. To było prawdziwe rozczarowanie.

PK: Co podczas misji należało do twoich obowiązków?

ML: Zadaniem mojego plutonu była ochrona życia ludności poprzez patrolowanie miast i jego obrzeży. Przeprowadzaliśmy konwoje między naszą bazą a Bagdadem, Talilem, Hilla. Do nas także należało utrzymywanie porządku w centrum ? trzymaliśmy wówczas warty na posterunku.

PK: Współpracowaliście z żołnierzami z innych krajów?

ML: Tak, współpracowaliśmy z Amerykanami, Bośniakami i Ormianami i Irakijczykami. Podczas gdy obce patrole wykonywały swoje rozkazy ? szukały niewybuchów, przeszukiwały mieszkania ? my w tym czasie ich ochranialiśmy.

PK: Jakim sprzętem dysponowaliście?

ML: Najważniejsze były amerykańskie pojazdy HMMWV (High Mobility Multi-Purpose Wheeled Vehicle), czyli wielozadaniowy pojazd kołowy o wysokiej mobilności, lekko opancerzone. Karabinki Beryl, karabiny maszynowe, różnego rodzaju łączność, ale też podstawowe – kamizelki kuloodporne.

PK: Czy znalazłeś się w sytuacjach, które zagrażały twojemu życiu?

ML: Pewnie, że tak! Oczywiście liczyłem się z tym faktem jadąc do Iraku. Każdy wyjazd poza bazę był ryzykiem. Napotkane po drodze kamienie, kupki piasku, kępy trawy, a nawet truchło zwierząt mogły mieć podłożoną bombę. Raz także odbyła się bezpośrednia wymiana ognia. Na szczęście trwała krótko i nikt w trakcie niej nie ucierpiał.

PK: Jak wyglądało twoje życie poza służbą?

ML: Najczęściej odsypiałem patrole, służby na posterunku lub konwoje, ale oczywiście nie tylko tym się zajmowałem (śmiech). Chodziłem na siłownię, do salonu gier, kafejki internetowej, bądź jeśli była taka potrzeba ? uczestniczyłem w naprawie służbowego sprzętu.

Zakończenie

W powojennej historii Siły Zbrojne RP nie doświadczyły jeszcze takiego wyzwania, jakim stał się udział w operacji pod kryptonimem ?Iracka Wolność? przeprowadzonej w latach 2003 ? 2008 r. Utopijne, jak się okazało, zadanie przemodelowania ustroju tego państwa o specyficznej muzułmańskiej kulturze, na modłę zachodnich demokracji (która to już utopia w historii!) nie powiodło się.

Nie pomogły realizowane przez PKW w Iraku po raz pierwszy na taką skalę, działania pozamilitarne. Zupełnie zawiódł zamiar wprowadzenia polskiego biznesu do odbudowującego się kraju. Ani poszczególne rządy w Warszawie nie wiedziały jak to zrobić, ani polscy przedsiębiorcy, mogący w tej sytuacji liczyć tylko na siebie, nie wykazali dostatecznej determinacji, aby na tym niespokojnym obszarze rozwijać swoje interesy. Nie wykorzystano tradycji znakomicie rozwijających się polsko ? irackich kontaktów ekonomicznych i inwestycji prowadzonych w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku.

Okazało się, że znacznie trudniejszym wyzwaniem od błyskotliwie odniesionego zwycięstwa wojennego było wygranie pokoju w tym państwie. Nie umiano zaproponować Irakijczykom jasnych rozwiązań zapewniających poprawę ich życia. Akurat te błędy popełnione zostały nie tyle przez Polaków, ale przez wszystkich aliantów, szczególnie Amerykanów wiodących prym w całym tym przedsięwzięciu. To zapewne miał na myśli były dowódca Wojsk Lądowych, wcześniej dowódca IV Zmiany PKW Irak i MND C-S gen. Waldemar Skrzypczak, który podczas konferencji naukowej w 2010 r. w Szczecinie powiedział: ?pozostawiliśmy tej kraj w chaosie?.

Nie ma jednak czarno ? białych scenariuszy i jednoznacznych ocen sytuacji. Rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana i wielowymiarowa, szczególnie jeśli chodzi o sferę bezpieczeństwa i związanych z nim implikacji. Upadek rządu w Bagdadzie, jednego z najbardziej despotycznych reżimów w regionie, był jedną z głównych przyczyn przebudzenia nadziei i determinacji społeczeństw arabskich dążących do przeprowadzenia zmian. Stąd już prosta droga prowadziła do wybuchu rewolucji w Tunezji, Egipcie i Libii, a owe trzy państwa zapewne nie zamykają tej listy.

Lista publikacji poruszających tematykę misji w Iraku:

  • Polskie kontyngenty wojskowe w Iraku
    Grzegorz Ciechanowski
  • Na ostrzu miecza stoją nasze sprawy
    A. Aksamitowski
    Szczecin 2012, s. 379 ? 400, (ISSN 978-83-7518-407-5)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Wspomnienia z misji, Zagraniczne misje WP. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Działania polskich żołnierzy w Iraku w wywiadach prowadzonych przez studentów Bezpieczeństwa Narodowego Uniwersytetu Szczecińskiego

  1. Mario pisze:

    Pozdrawiam chłopaków z II PKW.
    Camp Lima.
    Patrolowanie, konwojowanie, wykonywanie zadań w mieście Karbala podczas powstania Ad Sadra, City Hall Karbala – 3dni.
    Whisky61

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Warning: fsockopen(): unable to connect to www.sweetcaptcha.com:80 (Connection timed out) in /home/skmponz/domains/skmponz.szczecin.pl/public_html/wp-content/plugins/sweetcaptcha-revolutionary-free-captcha-service/library/sweetcaptcha.php on line 81

Kliknij aby dodać emotikonę

SmileBig SmileGrinLaughFrownBig FrownCryNeutralWinkKissRazzChicCoolAngryReally AngryConfusedQuestionThinkingPainShockYesNoLOLSillyBeautyLashesCuteShyBlushKissedIn LoveDroolGiggleSnickerHeh!SmirkWiltWeepIDKStruggleSide FrownDazedHypnotizedSweatEek!Roll EyesSarcasmDisdainSmugMoney MouthFoot in MouthShut MouthQuietShameBeat UpMeanEvil GrinGrit TeethShoutPissed OffReally PissedMad RazzDrunken RazzSickYawnSleepyDanceClapJumpHandshakeHigh FiveHug LeftHug RightKiss BlowKissingByeGo AwayCall MeOn the PhoneSecretMeetingWavingStopTime OutTalk to the HandLoserLyingDOH!Fingers CrossedWaitingSuspenseTremblePrayWorshipStarvingEatVictoryCurseAlienAngelClownCowboyCyclopsDevilDoctorFemale FighterMale FighterMohawkMusicNerdPartyPirateSkywalkerSnowmanSoldierVampireZombie KillerGhostSkeletonBunnyCatCat 2ChickChickenChicken 2CowCow 2DogDog 2DuckGoatHippoKoalaLionMonkeyMonkey 2MousePandaPigPig 2SheepSheep 2ReindeerSnailTigerTurtleBeerDrinkLiquorCoffeeCakePizzaWatermelonBowlPlateCanFemaleMaleHeartBroken HeartRoseDead RosePeaceYin YangUS FlagMoonStarSunCloudyRainThunderUmbrellaRainbowMusic NoteAirplaneCarIslandAnnouncebrbMailCellPhoneCameraFilmTVClockLampSearchCoinsComputerConsolePresentSoccerCloverPumpkinBombHammerKnifeHandcuffsPillPoopCigarette