Wywiad z dwoma uczestnikami misji UNEF II w Egipcie, Mirosławem Wilczkiem (II Zmiana) i Janem Biba (IX Zmiana)

UNIWERSYTET SZCZECIŃSKI
WYDZIAŁ HUMANISTYCZNY
KATEDRA BADAŃ NAD KONFLIKTAMI I POKOJEM
BEZPIECZEŃSTWO NARODOWE

Studenci kierunku Bezpieczeństwo Narodowe prowadzonego przez Katedrę Badań nad Konfliktami i Pokojem Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Szczecińskiego uczestniczą od 2009 roku w projekcie ?W mundurze na Pomorzu Zachodnim i poza granicami kraju?. W jego ramach prowadzą wywiady i zbierają relacje, między innymi od uczestników misji pokojowych. W ramach współpracy Katedry z Kołem Nr 19 SKMP ONZ prezentujemy wyróżnione prace.

Hubert Fandrych, Łukasz Welcz, Arkadiusz Bieniewicz i Mariusz Bieniewicz przeprowadzili wywiad z dwoma uczestnikami misji UNEF II w Egipcie, Mirosławem Wilczkiem (II Zmiana) i Janem Biba (IX Zmiana).

Ciekawie wygląda porównanie wspomnień obu weteranów misji. Szczecin 2013.

Czy na misję UNEF II zgłosiliście się Panowie jako ochotnicy? Jakie pobudki Wami kierowały?

Mirosław Wilczek: Służyłem wtedy w Samodzielnym Batalionie Zaopatrzenia 12. Dywizji Zmechanizowanej w Szczecinie. 23 marca 1974 roku zebrali wszystkich żołnierzy o wzroście powyżej 180 cm i powiedzieli nam, że jutro wyjeżdżamy do Gdańska. To był taki wojskowy dobrowolny przymus, o niczym nie mieliśmy pojęcia. Zostaliśmy zakwaterowani i przypisani do Niebieskich Beretów i tam powtórnie, jak za unitarki, przeszliśmy szkolenie z musztry po to by wyglądać jak prawdziwe wojsko. Dzień w dzień od rana do wieczora musztra, aż do znudzenia. Ja trafiłem jako kierowca do plutonu pralni wodnej i chemicznej.

Oczywiście mieliśmy także zajęcia z obsługi tych urządzeń i agregatów prądotwórczych, czy wytwornic pary, które były umieszczone na samochodach. W międzyczasie mój pluton miał miesiąc szkolenia specjalistycznego w Grudziądzu i tydzień w Łodzi.

Jak sobie przypominam to chyba dopiero w maju dowiedzieliśmy się gdzie i po co lecimy, bo zaczęli nam robić wszechstronne badania lekarskie i odpowiednie szczepienia. Czyli nie byłem ochotnikiem, lecz znalazłem się tam z rozkazu i tego epizodu na pewno nie da się zapomnieć.

Jan Biba: Zasadniczą służbę wojskową odbywałem od kwietnia 1977 roku w Krośnie Odrzańskim w 5. Batalionie Saperów. Zostałem stamtąd oddelegowany na kurs radiotelefonistów, po powrocie do jednostki w czerwcu, okazało się, że trwa nabór do Polskiej Wojskowej Jednostki Specjalnej. Dostałem pytanie ze Sztabu Batalionu czy wyrażam zgodę na wyjazd na Bliski Wschód do Egiptu. Oczywiście zgodziłem się, jednak do wyjazdu droga daleka. Pierwszy etap to szczegółowe badania lekarskie w Szpitalu Garnizonowym w Żarach. Selekcja była ostra, z kilkudziesięciu żołnierzy oddelegowanych na badania, zaliczyło nas kilku, mówię o żołnierzach służby zasadniczej. Po zaliczeniu badań lekarskich, zostałem oddelegowany do kompanii drogowej Polskiej Wojskowej Jednostki Specjalnej. Jednak już w jednostce okazało się, że będę bardziej potrzebny w Szpitalu Polowym na stanowisku elektromechanika drużyny elektrowni oświetleniowej. Miało to związek z tym, że przed wcieleniem do wojska pracowałem w Elektrowni Dolna Odra pod Szczecinem jako elektroenergetyk, czyli posiadałem niezbędne uprawnienia.

Okres przed wylotem do Egiptu upłynął na szkoleniu, nauce języka angielskiego w zakresie podstawowych zwrotów, poznaniu tła konfliktu bliskowschodniego, spotkań z żołnierzami, którzy wrócili z Egiptu, dopasowywaniu umundurowania. Aż do wylotu ćwiczyliśmy musztrę, tak że efekty było widać.

Co do pobudek wyjazdu na Bliski Wschód, to na pewno chęć poznania ciekawego zakątku świata i świadomość, że być może więcej taka szansa się nie powtórzy. Najmniej decydujący był dla mnie aspekt ekonomiczny.

Jak odbywał się przelot, co zobaczyliście na miejscu?

Mirosław Wilczek: Kair ? tu wylądowaliśmy. Byliśmy ubrani w wojskowe panterki, broń osobista przy sobie na pokładzie. Do samochodów (Star 66) wsiedliśmy od razu po przylocie. Przez miesiąc stacjonowaliśmy w sąsiedztwie lotniska w namiotach, w warunkach polowych. Przejęliśmy sprzęt od kolegów z poprzedniej zmiany i zaczęła się normalna służba i praca, której się nauczyliśmy w kraju. Po miesiącu przeprowadzka do Ismailii gdzie zajęliśmy dawny angielski obóz wojskowy, który to trzeba było najpierw wyremontować by budynki (drewniane baraki) nadawały się do zamieszkania. Musieliśmy zainstalować sprzęt, który miał służyć całej jednostce.

Jak wypadło skonfrontowanie wyobrażeń z rzeczywistością?

Mirosław Wilczek: Po pierwsze, różnica temperatur. U nas w czerwcu było ciepło, ale tam gorąco to mało powiedziane. Inny klimat, bieda i nędza do potęgi. Piramidy ? szok i podziw. Jak zobaczyliśmy te piękne konstrukcje, nie do opisania. Nawadnianie pól uprawnych wzdłuż Nilu ? pracujące kieraty i osły jako siła robocza.

Pana pierwsze kroki w bazie?

Jan Biba: Po przyjeździe do szpitala, zjedliśmy obiad, po obiedzie poszedłem prosto do palarni. Wszystko było dla mnie ciekawe, spotkałem tam piękną Egipcjankę Najmę, (sprzątaczka) powiedziała do mnie: ?jak się masz kochanie?. W tym czasie w Polsce popularny był zespól Happy End i przebój ? Jak się masz kochanie?. Piosenka ta leciała w szpitalu na okrągło, tak że Egipcjanie nauczyli się jej i w ten sposób nas pozdrawiali. Było bardzo miło to usłyszeć, choć do końca nie jestem pewien, czy wiedziała co mówi. Polskie pielęgniarki miały oddzielny budynek, nikt z żołnierzy nie miał tam wstępu. Ja byłem elektrykiem i pewnego razu musiałem tam wejść, w celu usunięcia usterki, nie było napięcia w gniazdkach. Złapał mnie zastępca komendanta szpitala, na szczęście nic mi nie zrobił, gdyż alibi miałem odpowiednie, wiedział dlaczego się tam znalazłem.

Fot. UNEF IX Zmiana: Stoję przy agregacie. Foto z archiwum Jan Biba

Na czym polegała wasza praca?

Mirosław Wilczek: Dzień zaczynał się od 6.00, zaprawą poranną. Apel, śniadanie, ja za zadanie miałem dopilnować, żeby sprzęt pracował. Pralnia miała być sprawna, musiałem nad tym sprawować pieczę. Oczywiście pomagałem także kolegom np. w maglu czy przyjmowaniu i wydawaniu bielizny, odzieży czy pościeli. Obsługa techniczna pralni pracowała do godziny 18.00. Najlepsza to była sjesta od 12.00 do 16.00. Ze względu na wysoką temperaturę po prostu nic się nie robiło, to był czas wolny.

Fot. UNEF II Zmiana: Pluton pralni. Foto z archiwum Mirosława Wilczka

Jan Biba: Byłem elektrykiem w szpitalu. Pewnego dnia w trakcie operacji zgasło światło w szpitalu, Arabowie odcięli prąd. Musieliśmy szybko uruchomić agregaty prądotwórcze. Po tym wydarzeniu na sali operacyjnej przy lekarzach zawsze musiał być obecny elektryk. Na początku przełączenie zasilania podstawowego na rezerwowe z agregatów prądotwórczych zajmowało nam elektrykom 10 minut, a pod koniec zmiany tylko 3 min. Z kolegą Piotrem Niestrojem, drugim elektrykiem opanowaliśmy to do perfekcji. Jeden z nas zmieniał układ zasilania, drugi uruchamiał i wzbudzał agregaty Te braki w dostawach prądu na początku zmiany zdarzały się często. Na szczęście bakszysz załatwił temat i jak były wyłączenia, to tylko spowodowane np. burzą piaskową.

Fot. UNEF IX Zmiana: Drużyna elektryków w Szpitalu Polowym UNEF II: od prawej sierż. Sztab. Eksner, elektrycy Jan Biba i kpr. Piotr Niestrój. Foto z archiwum Jan Biba

Wasz pobyt w Egipcie sponsorował ONZ. Jakie były Wasze zarobki, w konfrontacji z zarobkami żołnierzy innych państw? Co mogliście sobie za to kupić na miejscu, co po powrocie do kraju?

Mirosław Wilczek: Zarabialiśmy w dolarach, dla takich młodych ludzi było to dużo pieniędzy. Można było dostać już pieniążki na miejscu lub przesłać na konto, które każdy z nas miał założone w kraju, zależało to od woli żołnierza. Mój żołd wynosił 50 dolarów a w kraju 150 złotych, które były wpłacane na książeczkę oszczędnościową. W tym czasie kultowe spodnie dżinsowe kosztowały ok. 19 dolarów w kraju, w specjalnych sklepach Pewex lub Baltona Żołnierze innych państw zarabiali dużo więcej od nas, ale te 50 dolarów to było więcej niż miesięczne pobory w Polsce.

Jan Biba: Zarabiałem około 90 dolarów. Tę kwotę można było przelać w części lub w całości na konto w PKO SA. Polski żołd, który mi przysługiwał to chyba 150 zł miesięcznie, dokładnie nie pamiętam. Odkładano mi go na książeczkę oszczędnościową i po przylocie do Polski dostaliśmy te książeczki. To nie były jakieś duże pieniądze, jednak jak na młodego mężczyznę w tamtym okresie, całkiem spora suma.

Jakie relacje panowały w polskich szeregach?

Mirosław Wilczek: Między sobą żołnierze dobrze się rozumieli, pod koniec było nawet bardzo rodzinnie a i dowódcy jak już inaczej nas traktowali. Nie było tak służbowo jak na początku. Dowódca naszego plutonu mówił każdemu na pan.

Fot. UNEF II Zmiana: Mieliśmy nawet pływalnię. Foto z archiwum Mirosława Wilczka.

Na jakie przywileje mógł liczyć żołnierz polskiego kontyngentu w Egipcie?

Mirosław Wilczek: W nagrodę za dobrze wykonana pracę można było jechać na wycieczki. Było to wielkie wyróżnienie. Rozrywka w bazie to siłownia, kawiarnia, kawę robili nasi kelnerzy. Piwko raz na jakiś czas, palenie. Boisko oraz basen żołnierze zrobili sami, wszystko prowizoryczne, aczkolwiek te namiastki rozrywki były dla nas jedynym jej przejawem.

Fot. UNEF II Zmiana: Moje największe wyróżnienie: złożenie wieńców w hołdzie poległym żołnierzom Armii Andersa. Cmentarz wojskowy w El Gabir.12.X.1974 r. Foto z archiwum Mirosława Wilczka

Jan Biba: Rano w szpitalu nie mieliśmy typowej zaprawy jak w wojsku, w kraju. Każdy ćwiczył indywidualnie, w zależności od możliwości, w końcu każdy z nas wykonywał obowiązki służbowe. Mieliśmy świetlicę, gdzie po południu schodzili się żołnierze, pracownicy szpitala i policji wojskowej (MP). Rozgrywaliśmy tam turnieje tenisa stołowego.
Najlepszym okazał się polski kucharz, pracownik cywilny, dużo starszy od nas, który dopiero pod koniec zmiany przyznał się, że grał w lidze tenisa stołowego w Polsce. Mieliśmy stół do tenisa, magnetowid, telewizor, na zewnątrz była siłownia, jednak to za dużo powiedziane. Na wolnym powietrzu stały ciężarki, ławeczka i drążek do podciągania. Najczęściej korzystałem z ławeczki i ciężarków.

Jakie były stosunki z miejscową ludnością?

Mirosław Wilczek: Kontakty te były ograniczone były do momentu, gdy się wyjeżdżało na wycieczkę. Żołnierze na co dzień siedzieli w bazach otoczonych drutami. Tylko Egipcjanie, którzy tam pracowali mogli mieć kontakt z żołnierzami. U nas w pralni pracowało czterech Egipcjan jako prasowacze. Prasowali koszule i pościel, także dla zwykłych żołnierzy. Było także dwóch krawców.

Fot. UNEF II Zmiana: My i egipscy mistrzowie żelazka. Foto z archiwum Mirosława Wilczka

Jan Biba: Pracując na co dzień mieliśmy dobry kontakt z Egipcjanami zatrudnionymi w szpitalu przy sprzątaniu, prasowaniu, generalnie pracach porządkowych. Zresztą przez szpital przewijało się dużo ludzi, tak że kontakt mieliśmy na pewno większy niż koledzy którzy stacjonowali w obozie Al-Ghala.

Czy zdarzały się incydenty w kontyngentach polskim i innych państw?

Mirosław Wilczek: Był wyraźny zakaz kontaktu z żołnierzami z Zachodu. Byliśmy tam jako jedyni z obozu socjalistycznego. Nie było szansy się spotkać np. z Kanadyjczykami, tak bardzo te kontakty były ograniczane. Raz wytypowano mnie na wartę! Od północy do 02.00 w nocy usiadłem na samochodzie, niedaleko Ghańczyka, który pełnił wartę w swoim obozie. Było dość śmiesznie, dla mnie noc była do tego stopnia gorąca, że zdjąłem koszulę, a on truchlał z zimna. Śmialiśmy się z siebie nawzajem.

Jan Biba: Z mojej zmiany kolega przewoził wodę, normalne rutynowe zadanie. Pod wpływem burzy piaskowej wyjechał z kolumny, stoczył się ze zbocza, i rozbił samochód na skałach. Został wysłany po niego helikopter, który przewiózł go do szpitala, gdzie cały personel szpitala był już gotowy do operacji, która de facto trwała 5 godzin. Niestety zmarł, miał wiele urazów wewnętrznych, wszyscy bardzo to przeżyliśmy.

Żeby nie siać paniki ciało wynieśliśmy na noszach przez okno na zapleczu, a nie głównym wejściem, po czym wsadziliśmy je do karetki. Przetransportowano go na lotnisko w Kairze, skąd w metalowej trumnie poleciał do Polski. Kolega tłumacz i sanitariusz, który go odwoził, gdy wrócił z powrotem powiedział, że to był pierwszy i ostatni raz. Mówił, że drogę do Kairu bardzo przeżył.

W jaki sposób kontaktowaliście się z rodzinami?

Mirosław Wilczek: Kontakt z rodziną był bezproblemowy odbywał się na zasadzie pisania listów. Nie była to przecież era Facebooka.

Jan Biba: Z rodziną porozumiewaliśmy się tylko listownie, nie było żadnych problemów, pocztę otrzymywaliśmy regularnie.

Czy występowała bariera językowa pomiędzy kontyngentami?

Mirosław Wilczek: W naszym przypadku to codzienny kontakt z prasowaczami pomógł nam poznać podstawowe arabskie zwroty a i Egipcjanie potrafili mówić trochę po naszemu. Język angielski znali tylko nieliczni i to z kadry, u nas szeregowych niestety to były jednostki.

Biba Jan: Jak już mówiłem w trakcie zgrupowania przed wylotem mieliśmy naukę języka angielskiego w zakresie podstawowych zwrotów. Później już w trakcie pobytu poznawaliśmy słówka arabskie, tak że dogadywaliśmy się bez problemu. Każdy z nas pełniąc służbę na biurze przepustek potrafił poprosić osobę przychodzącą o kartę identyfikacyjną (ID Card) i skierować na odpowiedni oddział. W razie jakichkolwiek problemów mieliśmy do pomocy tłumacza.

Jakie emocje towarzyszyły opuszczaniu Egiptu?

Jan Biba: Pewnego razu, będąc na wojskowej wycieczce spotkaliśmy w Gizie pod piramidami grupę polskich turystów, którzy przyjechali na wycieczkę do Egiptu. Stałem z kolegą, na rękawie munduru miałem naszywkę z orłem na czerwonym tle i dlatego nas poznali. Zapytali, czy długo tu jesteśmy, kolega powiedział 5 miesięcy, na co oni z nieskrywaną zazdrością pogratulowali tak długiej wycieczki. Poskarżyli się, że są dopiero tydzień i już muszą wracać. Przyjęliśmy to z szyderczym uśmiechem, mieliśmy już dość, tęskniliśmy za domem. Naszym mottem stało się powiedzenie ?nigdy więcej wojny, głodu i Bliskiego Wschodu?. Oczywiście mówiliśmy to w żartach, w końcu nikt na siłę nie wysłał nas do Egiptu.

Mirosław Wilczek: Z jednej strony był żal przy opuszczeniu, ze względu na to, iż dla mnie była to wielka przygoda i bardzo ją przeżywałem, chociaż z drugiej strony również mnie nie ominęła tęsknota i chciałem powrócić do kraju.

Jak wyglądał powrót do domu?

Mirosław Wilczek: Rotacja trwała 3 dni, najważniejszą sprawą było przekazanie wszystkiego oraz wytłumaczenie nowym, co i jak należy robić. Przylecieliśmy samolotami Ił ? 18 Polskich Linii Lotniczych. Wylądowaliśmy w Gdańsku i wróciliśmy do tej jednostki gdzie mieliśmy zgrupowanie przed odlotem na misję. Był 13 grudzień 1974 roku, po przyjeździe musieliśmy przebyć kwarantannę i badania. W ramach przywracania do funkcjonowania w kraju, przez 2 tygodnie budowaliśmy Port Północny w Gdańsku. Po kwarantannie każdy otrzymał dwa tygodnie urlopu i rozjechaliśmy się do macierzystych jednostek. Do domu rodzinnego dotarłem dzień przed Świętami Bożego Narodzenia, to dopiero w domu była niespodzianka!

Jan Biba: Wracaliśmy w połowie czerwca 1978 roku. Lecieliśmy polskimi liniami lotniczymi ?LOT?, podróż samolotem była przyjemnością. Śniadanie, obiad, praktycznie całą podróż przespaliśmy, po długim oczekiwaniu w porcie lotniczym w Kairze byliśmy po prostu zmęczeni. Jako ciekawostkę podam, że oczekując w Kairze na samolot obejrzeliśmy mecz piłki nożnej Polska- Argentyna, Mistrzostwa Świata 1978 rok, Kazimierz Deyna nie strzelił karnego i niestety przegraliśmy.

Witał Panów ktoś na miejscu?

Mirosław Wilczek: Niestety na nas nikt nie czekał, to był powrót do szarej rzeczywistości.

Jan Biba: Najpierw wylądowaliśmy w Krakowie, ponieważ samolot musiał tankować paliwo. Następnie w porcie lotniczym Babimost – Zielona Góra. Z tego, co rodziny nam mówiły, wyleciały po nas dwa samoloty odrzutowe, więc wracaliśmy w niebagatelnej asyście. Przywitali nas oficjalnie, m.in. Dowódca Śląskiego Okręgu Wojskowego gen. Zbigniew Ohanowicz wraz z dowódcą IX Zmiany Polskiej Wojskowej Jednostki Specjalnej płk. Tadeuszem Swaryczewskim. Obaj podchodzili do każdego z nas i osobiście dziękowali za służbę. Tak że okres służby w PWJS wspominam bardzo mile.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Wspomnienia z misji. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Kliknij aby dodać emotikonę

SmileBig SmileGrinLaughFrownBig FrownCryNeutralWinkKissRazzChicCoolAngryReally AngryConfusedQuestionThinkingPainShockYesNoLOLSillyBeautyLashesCuteShyBlushKissedIn LoveDroolGiggleSnickerHeh!SmirkWiltWeepIDKStruggleSide FrownDazedHypnotizedSweatEek!Roll EyesSarcasmDisdainSmugMoney MouthFoot in MouthShut MouthQuietShameBeat UpMeanEvil GrinGrit TeethShoutPissed OffReally PissedMad RazzDrunken RazzSickYawnSleepyDanceClapJumpHandshakeHigh FiveHug LeftHug RightKiss BlowKissingByeGo AwayCall MeOn the PhoneSecretMeetingWavingStopTime OutTalk to the HandLoserLyingDOH!Fingers CrossedWaitingSuspenseTremblePrayWorshipStarvingEatVictoryCurseAlienAngelClownCowboyCyclopsDevilDoctorFemale FighterMale FighterMohawkMusicNerdPartyPirateSkywalkerSnowmanSoldierVampireZombie KillerGhostSkeletonBunnyCatCat 2ChickChickenChicken 2CowCow 2DogDog 2DuckGoatHippoKoalaLionMonkeyMonkey 2MousePandaPigPig 2SheepSheep 2ReindeerSnailTigerTurtleBeerDrinkLiquorCoffeeCakePizzaWatermelonBowlPlateCanFemaleMaleHeartBroken HeartRoseDead RosePeaceYin YangUS FlagMoonStarSunCloudyRainThunderUmbrellaRainbowMusic NoteAirplaneCarIslandAnnouncebrbMailCellPhoneCameraFilmTVClockLampSearchCoinsComputerConsolePresentSoccerCloverPumpkinBombHammerKnifeHandcuffsPillPoopCigarette