UNIWERSYTET SZCZECIŃSKI
WYDZIAŁ HUMANISTYCZNY
KATEDRA BADAŃ NAD KONFLIKTAMI I POKOJEM
BEZPIECZEŃSTWO NARODOWE

Studenci kierunku Bezpieczeństwo Narodowe prowadzonego przez Katedrę Badań nad Konfliktami i Pokojem Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Szczecińskiego uczestniczą od 2009 roku w projekcie ?W mundurze na Pomorzu Zachodnim i poza granicami kraju?. W jego ramach prowadzą wywiady i zbierają relacje, między innymi od uczestników misji pokojowych. W ramach współpracy Katedry z Kołem Nr 19 SKMP ONZ prezentujemy wyróżnione prace.
Marlena Piotrowska, Renata Milecka, Byłem obserwatorem wojskowym w najpiękniejszym miejscu w Europie. Wywiad z płk. Adamem Kulbiejem.
Dzień dobry Panie Pułkowniku.
Witam panie.
Pochodzi Pan ze Szczecina?
Nie. Z Trzcianki Lubuskiej, w Wielkopolsce. To jest 24 km od Piły. Kiedyś była tam Oficerska Szkoła Samochodowa, którą w 1968 roku ukończyłem. Teraz już jej tam nie ma.
Służbę już jako oficer rozpocząłem w 31. Pułku Szefostwa Służby Inżynieryjno Budowlanej w Grupie k/ Grudziądza.
Więc pewnie stąd ten pomysł na wojskowe życie?
Tak, jeszcze ze szkoły, z ?ogólniaka? jeździliśmy tam z chłopakami oglądać samochody, wozy bojowe inny sprzęt wojskowy. To była niesamowita młodzieńcza fascynacja.
Ponadto wielkim fanem mojej kariery wojskowej był mój ojciec Konstanty, przed wojną służył w 27. Pułku Ułanów im. Króla Stefana Batorego, który stacjonował w Nieświerzu. W 1939 roku ojciec uczestniczył w całej kampanii wrześniowej, jego pułk walczył w składzie Nowogródzkiej Brygady Kawalerii dowodzonej przez gen. bryg. Władysława Andersa. Po wojnie ojciec został awansowany do stopnia rotmistrza.
Jak układała się kariera po zakończeniu
Po ukończeniu szkoły oficerskiej była pierwsza praca ?jak już mówiłem- w 31 pułku SSIB,następnie- Akademia Wojskowa, stamtąd do Niebieskich Beretów w Lęborku, gdzie byłem zastępcą dowódcy 4. Pułku Desantowego. Stamtąd przeniesiono mnie do sztabu Pomorskiego Okręgu Wojskowego. Tam pracowałem 7 lat. A później w ramach praktyki przeniesiono mnie na wyższy szczebel. Zostałem zastępcą dowódcy 15. Dywizji Zmechanizowanej w Olsztynie, gdzie pracowałem rok i znowu przeniesienie. Ostatecznie trafiłem do wówczas najlepszego związku taktycznego w Polsce, do 12. Dywizji Zmechanizowanej w Szczecinie, którą w przeszłości dowodził gen. Wojciech Jaruzelski.
I tak znalazł się Pan w Szczecinie i został Pan do dziś?
Tak, zostałem do dziś. I bardzo dobrze, że tak się stało. Z wojska odszedłem w 1995 r. po 30 latach służby. Odsłużyłem wszystko co powinienem.
Był Pan Pułkownik obserwatorem wojskowym ONZ w misji UNPROFOR w Jugosławii?
Tak, ale wcześniej był UNDOF, w okresie od 1 grudnia 1984 do 11 czerwca 1985 r. w Polskim Kontyngencie Wojskowym w Siłach Zbrojnych ONZ w Syrii, gdzie pełniłem obowiązki zastępcy dowódcy. W Jugosławii byłem dłużej i to była ciekawsza misja.
A Jugosławia?
Dokładnie 23 grudnia 1992 r. rozpocząłem służbę w misji UNPROFOR w Jugosławii. Ale przedtem, żeby było ciekawiej, od lipca 1992 r. przebywałem w ośrodku w Kielcach przygotowującego żołnierzy WP do udziału w misjach pokojowych ONZ na świecie. Wraz z 12 oficerami byłem przygotowywany do wyjazdu do Iraku, na misję GUARD ? pełniąc obowiązki dowódcy grupy. To był okres po zakończeniu tzw. I wojny w Zatoce Perskiej. Wojska Saddama Husajna zostały rozbite przez siły sojusznicze, ale sam dyktator nie został odsunięty od władzy, co nastąpiło dopiero po II wojnie z zatoce.
Byliśmy już po wszystkich szkoleniach, szczepieniach i wszystkich innych niezbędnych przygotowaniach, min. poznawanie historii i kultury tego kraju. Misję nam jednak wstrzymano, z czego byliśmy bardzo niezadowoleni. Cztery miesiące przygotowań na nic. Wynikło to z napiętej sytuacji polityczno- militarnej w Iraku w tym czasie. W każdym razie grupę rozwiązano. Ja jednak w Kielcach jeszcze zostałem w oczekiwaniu na ewentualne propozycje.
W grudniu z Warszawy otrzymałem informację, w zasadzie pytanie, czy wyrażam zgodę na udział w misji w byłej Jugosławii. Muszę dodać, że wcześniej miałem już propozycję wyjazdu do Jugosławii, jednak z przyczyn rodzinnych zrezygnowałem. Drugi raz nie odmówiłem i już 23 grudnia 1992 zameldowałem się w Kwaterze Głównej UNPROFOR w Zagrzebiu. Od otrzymania informacji o wyjeżdzie- do przyjazdu w rejon Misji minęło tylko 10 dni.
Czy doświadczenia z misji UNDOF przydały się w Jugosławii?
Zdecydowanie tak. Nie byłem nowicjuszem w kontaktach z żołnierzami innych armii biorących udział w misjach ONZ. Poznałem zwyczaje żołnierskie oraz sposoby reagowania na problemy wynikające z wypełniania obowiązków żołnierzy misji.
Jechał Pan tam w charakterze obserwatora, nie wchodził Pan w skład polskiego batalionu. Z wyboru czy taki był rozkaz?
To było polecenie przełożonych-oczywiście za moją zgodą. Wybierani i dobierani są oficerowie spełniający szereg rygorystycznych wymogów. Byłem już wtedy pułkownikiem po odpowiednim stażu na różnych szczeblach dowodzenia.
Tam jako obserwator wojskowy ? MO (ang. Military Observer) byłem w zasadzie samodzielny, podlegałem bezpośrednio władzom ONZ. Działaniami obserwatorów kierował szef, po angielsku SMO, za moich czasów był to Holender gen. Bastian, któremu podlegali Szefowie MO w poszczególnych sektorach. Najniższą jednostką organizacyjną obserwatorów (MO) był team (zespół). W takim wielonarodowym zespole była zasada, że jeśli Polak to tylko jeden, lub np. jeden Francuz itd. Przeważnie było to od 4 do 10 oficerów różnych narodowości. W sumie w UNPROFOR pełniło misję 300-350 (różnie w różnych okresach) obserwatorów z około 45 państw całego świata.
Czemu miały służyć działania obserwatorów?
Walki były już wtedy zakończone, między stronami trwało zawieszenie broni, wojska pozostały na swoich liniach. Nasza praca polegała na monitorowaniu, czy któraś ze stron nie wykracza poza przyjęte ustalenia wynikające z decyzji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Najważniejszym obowiązkiem było m. in. nadzorowanie czy strony się nie dozbrajają w sprzęt, czy nie podprowadzają dział i innego ciężkiego uzbrojenia w pobliże rejonów zakończonych walk, czy nie tworzą nowych stanowisk bojowych. Naszym zadaniem było także badanie nastrojów ludności oraz rozpoznanie ich potrzeb materialnych. A było to związane ze skutecznym dostarczaniem międzynarodowej pomocy ludziom najbardziej jej potrzebującym. W Żepie zabezpieczaliśmy dwa razy miejsce zrzutu żywności i innych przedmiotów pierwszej potrzeby dla miejscowej ludności muzułmańskiej z amerykańskich samolotów ?Herkules?. Ogromne ładunki spadające na spadochronach w nocy. Widok niesamowity, no i ci szczęśliwi ludzie, którzy otrzymali pomoc.
Bardzo szybko nauczyłem się języka serbsko ? chorwackiego, co okazało się niezwykle przydatne w mojej całej służbie w byłej Jugosławii. Mało kto z miejscowych znał angielski, więc znajomość ich języka naprawdę bardzo ułatwiła mi i wielu moim kolegom z misji życie. Dostawaliśmy pieniądze, ale wszystko inne, czyli całą logistykę (spanie, jedzenie) musieliśmy załatwiać sobie sami.
Czy w Jugosławii obserwator wojskowy z Polski miał jakieś kontakty z polskim batalionem działającym w ramach UNPROFOR?
Kilka razy kontaktowałem z kadrą i żołnierzami zasadniczej służby wojskowej polskiego batalionu wykonującego zadania mandatowe w byłej Jugosławii, ale były to kontakty informacyjno ? towarzyskie, nie było między nami przełożenia służbowego.
Ile trwała taka misja?
Misja obserwatora wojskowego trwa 12 miesięcy, ale ja byłem w byłej Jugosławii 18 miesięcy.
Dlaczego?
Bo byłem im potrzebny. Dzięki znajomości języka i możliwością porozumienia się z miejscową ludnością, łatwo mi było nawiązywać kontakty. W teamie byłem często jedynym, który mógł pomóc np. w znalezieniu mieszkania dla nowego obserwatora, czy też w rozwiązywaniu zwykłych problemów życia codziennego. Pomagałem kolegom z Afryki, Ameryki, Bliskiego Wschodu czy z Azji. Pamiętać należy że ten kraj był zniszczony i dostęp do wszelkiego rodzaju ?dóbr? był ograniczony czy też niemożliwy.
I tu taka mała ciekawostka, grałem na akordeonie, przez co stałem się rozpoznawalny. Mówiono o mnie: ten Adam z Polski, co gra na akordeonie. A tam w zespołach obserwatorów jest się bezimiennym. A to, że gram, wyszło któregoś wieczoru podczas rozmowy. Byliśmy wtedy w Rzepie, miejscowości okrążonej przez Serbów, Mieszkało tam ok. 2000 ludzi. Nie mieli kompletnie nic, ani zapałek, mydła czy innych rzeczy codziennego użytku. Bieda. Przez rok nie mieli kontaktu z nikim spoza swojej społeczności. Docierały do nich tylko te wspomniane zrzuty ze środkami pomocy międzynarodowej.
Mieszkałem z Francuzem w domku, który nam udostępniono, a pozostali oficerowie teamu mieszkali w restauracji. Normalny lokal z barem, tylko łóżka podostawiane. I każdy o sobie coś opowiadał. Było nas wtedy dziewięciu. I tak się ?wydało? to moje granie. ?Szła dzieweczka do laseczka? bardzo przypadła im do gustu, a gdy zagrałem hymn francuski Marsyliankę, okazało się, że znają ją wszyscy.
Był pan zadowolony z przedłużenia kontraktu?
Bardzo. Do tego stopnia, że koledze, który mnie o tym poinformował powiedziałem, że jeśli to prawda (początkowo myślałem, że to żart) to stawiam mu obiad w najlepszej restauracji w Belgradzie. Zobowiązania trzeba było dotrzymać, kosztowało trochę, ale informacja była warta dobrego obiadu.
Chodziło o finanse?
Oczywiście. Zarabiałem wtedy naprawdę niezłe pieniądze. Było to też za zgodą rodziny, bo stanowiło to solidne wsparcie budżetu rodzinnego. Chciałbym jednak mocno podkreślić, że obok atrakcyjności tej służby od strony finansowej, czułem się też w pełni dowartościowany jako oficer WP w roli międzynarodowego obserwatora wojskowego. Czułem się na misji jak ktoś, kto spełnia bardzo ważną rolę i dokłada swoją cegiełkę do utrzymania pokoju na Bałkanach.
Został Pan w tym samym miejscu?
Nie. Każdy obserwator mógł być w jednym miejscu prze okres 3-4 miesięcy. Później był przenoszony. Misję pełniłem w Chorwacji , Bośni i Hercegowinie, Serbii i Kosowie. W Kosowie byłem szefem obserwatorów.
Miał Pan dobry kontakt z wcześniej poznanymi obserwatorami?
Tak, zawsze. Z kilkoma utrzymywałem kontakty nawet po zakończeniu misji. Do dzisiaj z kilkoma systematycznie koresponduję. Tam wszyscy byli sobie bardzo życzliwi, potrzebni sobie. Polskich obserwatorów było zawsze około 15. Jeszcze słowo o podstawowej grupie organizacyjnej obserwatorów wojskowych ? patrolu, który składał się zazwyczaj z dwóch obserwatorów: dowódcy i kierowcy oraz dodatkowo tłumacza. Na patrole wyjeżdżaliśmy japońskimi samochodami, które w bardzo trudnych warunkach terenowych spisywały się bez zarzutu. Wyjeżdżając na patrol zawsze mieliśmy kontakt z bazą.
Jaki stosunek miała do was, obserwatorów tamtejsza ludność cywilna?
Pozytywny. Służyli często nam bezcenną pomocą i potrzebną nam informacją, niezależnie od tego czy byli to Chorwaci, Serbowie, czy Bośniacy. Rozumieli po co tam jesteśmy. Jako obserwatorzy nie mogliśmy mieć przy sobie broni, na szczęście, bo o tym wszyscy wiedzieli. To był nasz wielki atut. Nikt do nas nie strzelał.
Czy ta misja była niebezpieczna? Zdarzały się ataki na obserwatorów?
Ataków nie było, aczkolwiek w sumie w czasie mojej misji zginęło sześciu obserwatorów. Ale to były wypadki drogowe i losowe. Ale czy niebezpieczna? Trzeba się było bardzo pilnować i być bardzo skoncentrowanym. I bardzo pozytywnie zachowywać wobec miejscowej ludności.
Jakie jest Pana zdanie na temat tego konfliktu?
Prowadzili bezsensowną walkę z mojego punktu widzenia. Konflikt narodowościowo ? religijny jest najgłupszym konfliktem pod słońcem. Oni się tam wzajemnie żenili i mordowali.
Był Pan świadkiem zdarzeń śmiertelnych, przemocy?
Tak byłem. Kilka razy. Straszne. I nie do opisania. Taki na przykład nalot na szpital?czterdzieści rodzących kobiet, a tu nalot.
Ogólnie panowały tam bardzo złe stosunki między poszczególnymi słowiańskimi nacjami: Chorwatami, Serbami, Czarnogórcami i innymi. To mi się tam bardzo nie podobało.
Czy te złe wspomnienia pozostają w pamięci, czy o tym się zapomina?
W pamięci pozostają dobre i złe wspomnienia. Misja pokojowa ONZ to jest szczególny okres w życiu żołnierza ? misjonarza. Na misji dzieją się rzeczy, które dotychczas były poza naszymi wyobrażeniami. Szczególnie dotyczy to spraw i zdarzeń drastycznych, które pozostawiają trwały ślad w naszej pamięci i świadomości. O tym się nie zapomina. Nigdy.
A co się Panu tam podobało?
Podobał mi się kraj, cały obszar byłej Jugosławii. Bardzo! To najpiękniejsze miejsce w Europie. Bardzo zniszczony i rozdarty społecznie, ale dla mnie najpiękniejszy. Tam było wszystko: morze, góry?
Moment, który najbardziej utkwił Panu w pamięci?
Pierwsze spojrzenie na Sarajewo, kompletnie zniszczone miasto zimowej olimpiady, jakże piękne przed wojną.
Najbardziej wzruszająca historia?
Serdeczne powitanie grupy obserwatorów w okrążonej Żepie przez miejscową ludność. Byliśmy traktowani przez nich jak wybawiciele. Z naszym przyjazdem zapanował spokój oczekiwany przez nich od dawna.
Na misji lepiej być obserwatorem niż brać czynny udział w składzie batalionu? Służył Pan w obu takich formacjach.
Zdecydowanie lepiej być obserwatorem. Dlatego, że jest się samodzielnym, wykonuje się ciekawsze, różnorodne zadania. Ciągle jest się wśród ludzi. Uczestniczy się w życiu danej społeczności, poznaje się Chorwatów, Serbów, Kosowiaków, Bośniaków.
Pojechałby Pan jeszcze raz na taką misję?
Na taką pojechałbym. A także na każdą inną misję pod auspicjami ONZ.
Co nauczyła Pana Pułkownika ta praca, niekoniecznie jako wojskowego?
Poczucia dużej odpowiedzialności za wykonywane zadania, dużej samodzielności oraz przekonania, że w życiu każdego człowieka rodzina jest najważniejsza.
Czy ta misja miała wpływ na Pana dalszą karierę zawodową?
W zasadzie nie, bo niedługo po powrocie z misji, a wróciłem w 1994 r., odszedłem na emeryturę, to nastąpiło w 1995 r. Jestem natomiast bardzo bogaty w doświadczenia.
Teraz jest Pan prezesem Koła Nr 19 Stowarzyszenia Kombatantów Misji Pokojowych ONZ w Szczecinie. I jest Pan jego założycielem.
Tak, jestem założycielem tego Koła. Są ludzie, którzy chcą działać razem, być ze sobą, rozmawiać, propagować idee ONZ, misji pokojowych, bo tak to by wszystko zginęło, popadło w zapomnienie. A udział w misji pokojowej jest dla każdego żołnierza, niezależnie od narodowości, służbą najbardziej zaszczytną.
Ile koło liczy członków?
W 2013 roku 24 osoby, ale mamy zgłoszenia ze strony nowych kolegów.
Zazdroszczę Panu. Miał Pan bardzo ciekawą służbę.
Tak. Też tak myślę. Chciałbym jeszcze dodać że obserwatorem wojskowym zostaje się na całe życie. Zrozumieć to może tylko ktoś, kto był na tego typu Misji, zmagał się z problemami życia codziennego, musiał służbowo uczestniczyć w samym centrum konfliktu zbrojnego-pomiędzy wrogimi sobie narodami- przy zachowaniu- mimo osobistych sympatii-pełnej bezstronności. Misja Obserwatorów Wojskowych w byłej Jugosławii była dobrze przyjęta przez wszystkie strony konfliktu-przez co można powiedzieć, że była skuteczna. Z szacunkiem traktowali nas wszyscy wojskowi i osoby cywilne z którymi mieliśmy styczność służbową i towarzyską.
Dziękujemy za rozmowę.
Ja również.











