UNIWERSYTET SZCZECIŃSKI
WYDZIAŁ HUMANISTYCZNY
KATEDRA BADAŃ NAD KONFLIKTAMI I POKOJEM
BEZPIECZEŃSTWO NARODOWE

Studenci kierunku Bezpieczeństwo Narodowe prowadzonego przez Katedrę Badań nad Konfliktami i Pokojem Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Szczecińskiego uczestniczą od 2009 roku w projekcie ?W mundurze na Pomorzu Zachodnim i poza granicami kraju?. W jego ramach prowadzą wywiady i zbierają relacje, między innymi od uczestników misji pokojowych. W ramach współpracy Katedry z Kołem Nr 19 SKMP ONZ prezentujemy wyróżnione prace.
Andrzej Antosz
Wywiad z Krystyną Borsa, szefową punktu krwiodawstwa Polskiego Szpitala Wojskowego w Ismalili
Jak to się stało, że Pani się znalazła na tej misji?
Reprezentowałam tam służbę zdrowia, z ramienia wojskowego krwiodawstwa. Pomorski Okręg Wojskowy organizował ósmą zmianę. Potrzebowali pielęgniarek, lekarzy oraz osobę do prowadzenia krwiodawstwa, a ja pracowałam w szpitalu wojskowym w Szczecinie. Kiedy zostałam zakwalifikowana, wysłano mnie (wraz z grupą wyjazdową) do Budowa koło Szczecinka, gdzie była duża jednostka wojskowa [68. Pułk Czołgów Średnich ? przyp. red.], na terenie której przechodziliśmy wszechstronne szkolenie. Od rysu historycznego terenu przez język angielski, aż po warunki klimatyczne. Dodatkowo nas kobiety uczono maszerować, gdyż na miejscu odbywały się często defilady i apele oraz wizytacje wysokich urzędników z ONZ.
Jakie było Pani nastawienie odnośnie wyjazdu?
Przede wszystkim to musi pan sobie zdać sprawę jakie to były czasy. Wtedy wyjazd na wakacje do Bułgarii to było coś, o Jugosławii nie wspominając, a tutaj Afryka. Ja akurat lubiłam podróżować. ZSRR zwiedziłam wzdłuż i wszerz aż do Uralu. Miałam koleżanki w Towarzystwie Przyjaźni Polsko ? Radzieckiej i papiery pilota wycieczek, więc to nie stanowiło dla mnie problemu. Dodatkowo wtedy nasze (polskie) krwiodawstwo było bardzo bogate i fundowało wycieczki honorowym krwiodawcom, podczas których byłam pilotem.
Kiedy usłyszałam o możliwości wyjazdu na misję do Egiptu, bardzo się ucieszyłam i potraktowałam to jako kolejną przygodę. Wyjątkowo ciekawiła mnie ich kultura, klimat jak i zabytki, o których się czytało i słyszało, ale to nie to samo co zobaczyć na własne oczy. Jedyne opory, że trzeba było zostawić męża, dziecko, chociaż sam mąż nie protestował, tylko musiał się przyzwyczaić do prowadzenia domu.
Odlatywaliśmy z lotniska Zegrze Pomorskie koło Koszalina. Żegnały nas licznie przybyłe nasze rodziny i wtedy nie dało się ukryć łez wzruszenia. Lądowaliśmy na lotnisku w Kairze. Po przylocie pierwsze wrażenie, to bez wątpienia ogromny, wielokolorowy, wielonarodowy tłum, który po prostu porażał. Tym bardziej, że nigdy wcześniej nie byłam w takich krajach, a czarno biała telewizja nie przekazywała takich obrazów. Wysoką temperaturę znosiłam bardzo dobrze, mimo że trafiłam na okres największych upałów. Należy też powiedzieć, że powietrze tam jest zupełnie inne, jest całkowicie suche. Człowiek nie poci się, tylko płyny od razu z niego parują, zresztą o tym nam też mówili na szkoleniu przed wyjazdem. Z ciekawszych różnic kulturowych: widzi pan lepiankę z gliny, przed nią siedzi Arab z radiem lepszym, niż te, jakie w Polsce można było kupić za duże pieniądze.
Czy w momencie wyjazdu była Pani świadoma zadań, jakie tam czekają?
Tak. Byłam wysyłana jako szefowa, ale w rzeczywistości byłam zarazem i szefową i personelem i pielęgniarką (w obrębie punktu krwiodawstwa). Osobiście to było swoiste rzucenie na głęboką wodę. Byłam jednoosobową załogą punktu krwiodawstwa misji UNEF II w Ismalili.
Jak wyglądała stacja w momencie objęcia służby, czy była już zorganizowana?
Przede wszystkim kiedy przyjechałam, nie było już mojego poprzednika, który nic mi nie przekazał. Dodatkowo zdziwił mnie stopień wyposażenia tego laboratorium. Był rok 1977, a w Polsce w tej dziedzinie takiej aparatury jeszcze nie było. Tam natomiast zetknęłam się ze sprzętem amerykańskim, najwyższej jakości.
Szpital mieścił się w dawnym budynku akcjonariuszy Kanału Sueskiego, w mieście Ismalilia. Otaczało go ogrodzenie, za którym była normalna zabudowa. Na dachach egipskich domów mieszkańcy trzymali cały dobytek, w tym zwierzęta, tam toczyło się życie towarzyskie. Punkt nie miał zapasu krwi, gdyż wyszliśmy z założenia, że jej najlepszym magazynem są sami żołnierze. Wynikało to też pośrednio z okresu ważności krwi, który obecnie jest wydłużony, a wtedy wynosił 21 dni, po których trzeba ją zutylizować. Mieliśmy wyniki badań krwi wszystkich naszych żołnierzy (przeprowadzane przed wyjazdem). System sprawdził się dobrze, na przykład w momencie wypadku Indonezyjczyków, gdzie puściłam przez megafony informację, od razu znaleźli się dawcy.
Czy może Pani powiedzieć coś o warunkach pracy w obozie ONZ?
Należy wspomnieć o sjeście w godzinach 12.00-16.00, gdzie się w ogóle nie pracowało, co wynikało z temperatury panującej w tym okresie, która uniemożliwiała podejmowanie jakichkolwiek czynności. Czasami to upał był na tyle rażący, że człowiek ograniczał ubiór do minimum, co rodziło zabawne sytuacje.
Jedzenie było izraelskie, kanadyjskie, amerykańskie i trochę polskiego. Kiedy gdzieś jechaliśmy, zabieraliśmy racje w konserwach. Najczęściej w jednej była zupa mleczna, w innej jakieś mięso i warzywa. Obsługa szpitala była arabska, jedynie specjaliści byli z Polski.
Czy kobiety były jakoś specjalnie odgradzane od reszty obozu?
Nie. Miałyśmy tylko jeden budynek, gdzie mieszkały wyłącznie kobiety, ale nikt go nie pilnował. Oczywiście było to wszystko w ramach obozu ONZ odgrodzonego od reszty miasta.
Czy istniała możliwość zwiedzenia Egiptu?
Tak. Dowództwo było bardzo przychylne takim inicjatywom, w efekcie zwiedziłam wszystkie ciekawsze miejsca i to po kilka razy. Zwiedziliśmy też wojskowy cmentarz pod El Alamein. Oprócz tego byłam też w Syrii na takim niby urlopie na Wzgórzach Golan i zwiedzałyśmy Damaszek, z jego Kryształowym Meczetem. Żeby tam wejść, musiałyśmy założyć strój przykrywający głowę. Tak się tego brzydziłam, ale meczet piękny.
Czy nawiązała tam Pani może jakieś znajomości międzynarodowe?
Panie, to były inne czasy. Obecnie żyje pan w wolnym kraju, dziś z tym nie ma problemów. Nam tam nie wolno było nawiązywać żadnych kontaktów. Jak raz na imieniny do chirurga przyszedł Ghańczyk, to później nas bez przerwy ?gumowe uszy? [oficerowie kontrwywiadu ? przyp. red.] ścigały. Takich tam było pełno, z pytaniami – a o czym rozmawialiście, a po co on przyszedł, itp. Tam po prostu niemożliwe były kontakty, unikaliśmy ich dla samego świętego spokoju.
Jakie były wasze relacje z miejscowymi?
Byliśmy już ósmą zmianą, co oznaczało, że wojsko stało tam już cztery lata i rdzenna ludność dobrze operowała językiem polskim. Odbywał się handel. Między innymi opłacało się tam kupować złoto, bo w tamtym czasie w Polsce jego ceny były kosmiczne. Po złoto jeździło się do Port Saidu na taki złoty rynek (suk). Śmiesznie to wyglądało, bo stała budka zbita z desek, która ledwo się całości trzymała a oblepiona złotem, jak u kilku naraz jubilerów w Polsce.
W tym miejscu przypomina mi się anegdota z oszukiwaniem na wadze złota. Myśmy z czasem się zorientowali, na czym to polega. Pewnego razu zauważyłam na targu, że masa na wyświetlaczu wagi strasznie skacze. Zauważyłam, że na szalkę do ważenia złota cały czas idzie nawiew wiatraczka, co zawyża masę biżuterii. Następnym razem nie dałam się już oszukać.

Krystyna Borsa przed wejściem do Polskiego Szpitala Wojskowego UNEF II w Ismailii. (Fot. z archiwum K. Borsa)
Wspomnieć też należy, że jak pojechałam tam z koleżankami, które też miały blond włosy, to nie dawało się normalnie przejść. Każdy szczypał, zaczepiał, za włosy ciągnął, bo dla nich blondynka to była nowość. Najgorzej to z tym było na plażach, żebyśmy się w morzu mogły wykąpać. Żołnierze musieli okrąg zrobić dookoła, bo tubylcy nie dawali spokoju nawet w wodzie.
Ciekawe rzeczy też działy się na trasach przejazdów naszych samochodów. Na przykład, kiedy stawaliśmy gdzieś w szczerym polu na przerwę, to tłum Arabów wyrastał dosłownie spod ziemi. Były to najczęściej kobiety i dzieci, które dosłownie wyrywały nam jedzenie z rąk, tudzież puste już puszki po konserwach. Dosłownie wszystko im było potrzebne, a jak za szybko odjechaliśmy, to czasem w autokar leciały kamienie, ale były to przypadki odosobnione, a społeczność lokalna nie pałała do nas nienawiścią.
Jak wyglądała kwestia wynagrodzenia?
Pensje wysyłano do Polski, a tam dostawałyśmy kieszonkowe, to właśnie za te pieniądze kupowałam sobie biżuterię i inne pamiątki. Pobory składały się ze zwykłej wojskowej pensji i 150 dolarów. Jak się później okazało państwo nas oszukało, bo ONZ płacił o wiele więcej . Zrobiło się głośno, gazety zaczęły o tym pisać, ale ostatecznie nic nie udało się załatwić.
Dziękuję za rozmowę.






Witam Cię Adasiu ! Dziekuję za bardzo miłe słowa. Z ogromnym sentymentem wspominam pracę pod Twoimi rządami ” To byly piękne dni „. Serdecznie pozdrawiam -do usłyszenia i zobaczenia. Krystyna.
Czesć Kryśka. Super artykuł. Jako jakiś czas temu twój tzw. szef ale przede wszystkim przyjaciel chciałbym przekazać najwyższe wyrazy uszanowania. Trzymaj się i do zobaczenia może w Warszawce, może w Szczecine. Gorąco pozdrawiam. Adam.
Miłe wspomnienia.Ja jako żołnierz w 1975r dostawałem 42 dolary miesięcznie i też nasz oszukiwano,ale pieniądze nie były najważniejsze.Wywiad był tak mocny że nie wykryli że miałem ciotkę siostrę ojca w USA a w tamtych czasach to mnie dyskwalifikowało z takiego
wyjazdu, przy kilkunastu rozmowach kwalifikujących przed i podczas zgrupowania przed wyjazdem nie przyznawałem się że mam tak bliską rodzinę w USA, a co było śmieszne przyznałem się do tego oficerowi który z nami jeszcze w Polsce przeprowadzał rozmowy dwa tygodnie przed powrotem do kraju bardzo ciekawa była jego mina ale nic już nie mógł zrobić tylko mógł prosić Boga w którego nie wierzył żebym się tym nie chwalił.