UNIWERSYTET SZCZECIŃSKI
WYDZIAŁ HUMANISTYCZNY
KATEDRA BADAŃ NAD KONFLIKTAMI I POKOJEM
BEZPIECZEŃSTWO NARODOWE

Grzegorz Ciechanowski, Znad Miedwia do Kambodży.
Wspomnienia Sebastiana Cichonia, uczestnika misji UNTAC.
Co zdecydowało, że trafił Pan do wojska, kiedy to było?
Do wojska trafiłem w lutym 1992 roku do służby zasadniczej, po wcześniejszym kursie na prawo jazdy kategorii C (1991 rok) zorganizowanym przez WKU Stargard Szczeciński.
Gdzie Pan służył do momentu wyjazdu do Kambodży?
Od początku służyłem w 15. Polowej Technicznej Bazie Rakietowej na Miedwiu, do wyjazdu, po powrocie zaś w 25. Batalionie Dowozu Amunicji, ponieważ poprzednia jednostka już nie istniała.
Jak się Pan dowiedział o tej misji?
Pewnego dnia, było to już po mojej przysiędze, przyjechał do naszej jednostki pewien chorąży w celu zwerbowania kierowców na wyjazd na misję do Kambodży. Zebrali nas, kierowców w świetlicy w celu wysłuchania informacji dotyczących uczestnictwa w misji i ogólnych informacji, zresztą bardzo pobieżnych i książkowych, na temat Kambodży.
Był Pan jedynym chętnym z jednostki?
Nie, ale byłem pierwszym, który podniósł rękę i zgłosił chęć wyjazdu na misję. Po mnie zgłosili się kolejni koledzy. Zebrało się nas około 10-12 osób. W dzień wylotu z tej listy zostały dwie osoby, kolega Norbert Zalcer i ja. Pozostali, wcześniej chętni, zrezygnowali z różnych powodów, a to dziewczyna, a to rodzice odradzili.
Jak Pana decyzję przyjęła rodzina, jak koledzy, a jak przełożeni?
Rodzina raczej spokojnie, ale pewne zdenerwowanie było wyczuwalne. Dopiero na przepustce w domu oglądaliśmy atlas i encyklopedię, żeby jak najwięcej dowiedzieć się na temat Kambodży, Khmerów czy klimatu (internetu jeszcze nie było). Tata powiedział mi, że muszę stamtąd wrócić. Z kolegami było trochę inaczej. Byli raczej dumni, że mają kumpla ,,misjonarza?, gdyż wieść o moim wyjeździe szybko się rozniosła. Ja przed nimi może do końca szczery nie byłem, gdyż o moich pewnych obawach nic nie wspominałem, wolałem pozostać w ich oczach jako,,twardziel?, tak jak postrzegali pewnego naszego kolegę, który wcześniej trafił do Legii Cudzoziemskiej.
Przełożeni decyzję moją przyjęli oficjalnie, bez większych emocji. Bardziej ?od serca? reagowali dopiero po moim powrocie z Kambodży, ale w sensie negatywnym. Być może z zazdrości. Wtedy bardziej pokazywali, kto ma więcej na pagonach.
Czy przechodził Pan szkolenie przygotowujące do wyjazdu?
Tak, w Centrum Szkolenia na Potrzeby Sił Pokojowych ONZ w Kielcach, ale przedtem pojechałem na jeden dzień na szczegółowe badania lekarskie do Torunia. Resztę dni poprzedzających wylot spędziłem w Kielcach na szkoleniu.
Wylot mieliśmy na początku lipca 1992 roku. Pamiętam, że był to bardzo ciepły i słoneczny dzień, a odlot samolotów opóźnił się o kilka godzin.
Fot. UNTAC 34. Wspólne zdjęcie przed wylotem. Personel Centralnej Składnicy Zaopatrzenia, operatorzy wózków widłowych, pracownicy magazynów, kierowcy. Kielce, czerwiec 1992 roku. Fot. z archiwum S. Cichonia
Jakie były Pana pierwsze wrażenia z Kambodży?
Pierwszym wrażeniem i zaskoczeniem było, gdy po informacji od stewardesy, że podchodzimy do lądowania i za chwilę lądujemy w Phnom Penh wyjrzałem za okno, a tam wokoło pola ryżowe i palmy. Trochę inaczej wyobrażałem sobie stolicę Kambodży. Za chwilę doznałem kolejnego zaskoczenia, którego nie zapomnę do końca życia. Wychodząc po schodkach z samolotu nagle zrobiłem się cały mokry. W pierwszej chwili myślałem, że to gorące powietrze dmuchające jeszcze z silników znajdujących się na skrzydłach akurat za schodkami. Jednak to nie były wyziewy z gorących silników, tylko klimat Kambodży. Na płycie lotniska okazało się, że nadal jestem mokry, nawet torba podróżna była ?spocona?, taka niesamowita wilgotność.
Fot. UNTAC 35. Liczenie ?zielonych?. Phnom Penh, 1993 rok. Fot. z archiwum S. Cichonia
Jakie były Pana zadania w PKW UNTAC?
Jeszcze w Kielcach okazało się, że kierowców jest za dużo. Wtedy trafiłem do Centralnej Składnicy Zaopatrzenia, jako operator wózka widłowego i magazynier. Na miejscu już, ktoś się dopatrzył, że mam ładny charakter pisma. Wtedy trafiłem na pewien okres do kapitana Krężela, do działu finansowego, gdzie naliczaliśmy żołd i dodatki. Pracowałem też w biurze magazynów Centralnej Składnicy Zaopatrzenia.
W polskim kontyngencie żołnierze mieli kłopoty ze zdrowiem, bazą socjalną, uposażeniem. Jak Pan to wspomina?
Byłem w Kambodży w pierwszej zmianie, czyli najtrudniejszej. Przygotowywaliśmy obóz kolejnym zmianom. Miesięcznie dostawałem 280 dolarów żołdu plus 30 dolarów dodatku polowego. Następne zmiany miały już 550 dolarów i 30 dodatku. Zakwaterowani byliśmy w murowanych barakach, a następni mieszkali już w klimatyzowanych kampingach, przygotowanych przez naszą zmianę. Trudno goiły się wszelkie rany: ugryzienia, ukąszenia czy skaleczenia. Dużo kolegów cierpiało na chorobę podobną do zapalenia spojówek. Oczy ropiały, strasznie bolały gałki oczne, puchły, tak jakby nie mieściły się w oczodołach.
Fot. UNTAC 36. Lunch w stołówce w Phnom Penh, 1993 rok. Fot. z archiwum S. Cichonia
Historia, którą Pan szczególnie zapamiętał?
Pewnej nocy przez nasz obóz przebiegł Khmer strzelając seriami z karabinu automatycznego. Była to próba zastraszenia nas. Rano na apelu o fakcie nie wspomniano nawet słowem. Innej nocy po drugiej stronie ulicy na polach ryżowych odbyła się walka chyba Czerwonych Khmerów z wojskiem rządowym. Z dwóch stron strzelali do siebie z karabinów, armat i moździerzy. Po tym incydencie dowódcy powiedzieli nam, że było kambodżańskie święto i przez to te salwy i strzały. Tak to mogli tłumaczyć dzieciom z przedszkola, a nie żołnierzom. Tak świętowali, że aż niektórzy żołnierze chowali się pod łóżka. To też świadczy o badaniach kandydatów przed wylotem do Kambodży i o ich psychice.
Co Pana najbardziej zaskoczyło w Kambodży?
Bardzo zaskoczyła mnie życzliwość i gościnność Kambodżan, mimo wielu lat życia w stresie spowodowanym terrorem Czerwonych Khmerów. Rzucała się w oczy duża liczba kalekich ludzi, szczególnie mężczyzn okaleczonych przez miny przeciwpiechotne, bez nóg czy rąk. Miłym zaskoczeniem była skromność kambodżańskich mnichów, którzy chodzili piechotą, licząc jedynie na podwiezienie przez miejscowych na motorkach. Nie przyjmowali też żadnych pieniędzy, jedynie owoce czy warzywa. Dobry wzór do naśladowania przez naszych księży.
Fot. UNTAC 37. W Phnom Penh. Fot. z archiwum S. Cichonia
Jak układała się Pana służba po powrocie z Kambodży?
Skończyłem służbę zasadniczą w jednostce na Miedwiu w lipcu 1993 roku. Między przełożonymi a mną układało się różnie. Niektórzy przełożeni traktowali nas, ,,misjonarzy? nieco inaczej, czyli powiem wprost: gorzej niż żołnierzy nie będących na misji. Co z tego, że byłeś w Kambodży, ja tu jestem porucznikiem, a ty szeregowcem ? tak się to odczuwało. Ale były też pozytywne wyjątki.
A po jej zakończeniu?
Mieszkałem w Stargardzie, nie wróciłem jednak do wcześniej wykonywanego zawodu. Wtedy spotkałem miłość swojego życia, kobietę, z którą jestem szczęśliwy do dzisiaj i mamy wspaniałą i kochaną córcię, która też zbiegiem okoliczności marzy o wyjeździe do dalekiej Azji.
Po służbie dużo wypoczywałem, szukałem nowej, innej pracy, spotykałem się z przyjaciółmi, którym długimi wieczorami opowiadałem o swoich przeżyciach. A o służbie wojskowej i dodatkowo o uczestnictwie w misji pokojowej ONZ naprawdę było dużo, bardzo dużo do opowiedzenia. Chwilami słuchali z niedowierzaniem i z otwartymi buziami. Gdyby mnie nie znali, mojej prawdomówności, nie obejrzeli moich zdjęć, to z pewnością by nie uwierzyli i stukaliby się palcem w czoło.
To proszę jedną taką nieprawdopodobną historię opowiedzieć
Pewnego wieczoru, a właściwie już w nocy z wyjazdu do stolicy do naszego baraku wrócił kolega. Obóz nasz mieścił się na byłym polu golfowym około 12 km od centrum Phnom Penh. Po służbie, po pracy w magazynach, czy też w dniach wolnych często wyjeżdżaliśmy do centrum w różnych sprawach czy potrzebach. Na zakupy, do baru, knajpki i na potańcówkę, czy wszelkich innych zachciewajek duszy lub ciała. Korzystaliśmy wtedy z rikszy, motorków lub samochodów. Umawiało się z kierowcą ?komarka?, czy auta że jedzie za 2 -3 $ do Phnom Penh i z powrotem.
W ten sposób wrócił wtedy nasz kolega. Przyjechał roztrzęsiony, blady a zarazem spocony. Cały się trząsł, nic się nie odzywał. Dopiero po dwóch kwadransach, jak minął wstrząs i przeżyty szok, opowiedział co zaszło. Wracając z wypadu do miasta samochodem zauważył, że na ulicę wyszło kilku Khmerów i chcieli zatrzymać auto. Gdy zauważył, że kierowca zwalnia, wymusił na nim gwałtownymi gestami, żeby tamtych zignorował. Wtedy kierowca ruszył z piskiem opon. Jeden z Khmerów zdjął karabin, wymierzył i ostrzelał samochód. Wtedy nikomu nic się nie stało, ale ile najadł się strachu, to jego. Później jeszcze poszedł z dwoma kolegami do kierowcy ustalić zadośćuczynienie za zniszczenia samochodu. Na kilkunastu dolarach sprawa się zamknęła.
Jakim doświadczeniem dla Pana był pobyt w Kambodży ?
To było niesamowite przeżycie. Zdobyte tam doświadczenia, poznanie wspaniałych ludzi, czy różnorodności przyrody, zapach czerwonej ziemi, tego nie zapomnę do końca życia. Kiedyś marzyłem, aby odwiedzić jeszcze kraj Khmerów będąc cywilem. Do dzisiaj to się nie udało, ale mówią, że marzenia czasem się spełniają.
Dziękuję






