Wywiad z pułkownikiem Wiesławem Kwaczyńskim, dowódcą kompanii remontowej podczas misji UNEF II w roku 1978 oraz dowódcą logistyki PKW UNDOF w Syrii.

UNIWERSYTET SZCZECIŃSKI
WYDZIAŁ HUMANISTYCZNY
KATEDRA BADAŃ NAD KONFLIKTAMI I POKOJEM
BEZPIECZEŃSTWO NARODOWE

Studenci kierunku Bezpieczeństwo Narodowe prowadzonego przez Katedrę Badań nad Konfliktami i Pokojem Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Szczecińskiego uczestniczą od 2009 roku w projekcie ?W mundurze na Pomorzu Zachodnim i poza granicami kraju?. W jego ramach prowadzą wywiady i zbierają relacje, między innymi od uczestników misji pokojowych. W ramach współpracy Katedry z Kołem Nr 19 SKMP ONZ prezentujemy wyróżnione prace.

Tomasz Sych, Bartosz Ramus

Misjonarskie wspomnienia

Wywiad z pułkownikiem Wiesławem Kwaczyńskim, dowódcą kompanii remontowej podczas misji UNEF II w roku 1978 oraz dowódcą logistyki PKW UNDOF w Syrii.

Co skłoniło Pana Pułkownika do podjęcia służby w wojsku?

Ja jestem nietypowy. W 1962 r. skończyłem technikum samochodowe w Radomiu. Wcześniej wołali mnie do WKU, agitowali do szkoły oficerskiej. Pokazałem im „gest Kozakiewicza”, ponieważ mnie to nie interesowało.

Rozpocząłem pracę w PTHW [przyp. red. Przedsiębiorstwo Transportowe Handlu Wewnętrznego]. Był to chyba 15 wrzesień 1962 roku (a egzaminy do szkoły oficerskiej odbywały się w miesiącu lipcu). Coś tam murowali, kierownik zmiany mówi „technik, pójdziesz na myjkę i pomożesz im budować”. Odpowiedziałem „skończyłem technikum samochodowe, ale nie budowlane, pomimo tego, że znajdują się na tej samej ulicy, ale troszkę niżej”. Odpowiedział „Jak się nie podoba, to się zwolnij”. Odpowiedziałem „chromolę taką robotę i zwalniam się”.

Napisałem podanie odnośnie zwolnienia z pracy, a pracowałem półtora miesiąca. Dyspozytor nakłaniał mnie abym został, bo akurat odbywały się pobory do wojska. Ale przypomniałem mu, że jeśli powiedziałem, że się zwolnię, to się zwolnię. Rozliczyłem się i wróciłem do domu.

Kolega pracował w zakładzie lakierniczym, w którym właśnie był przygotowywany do malowania Wartburg. Zapytał mnie: „nie jesteś w robocie?”, odparłem „zwolniłem się”, na co on „to masz 50 złotych i skocz po winko”. Pojechałem i kupiłem wino Lacrima, które wypiliśmy i kontynuowałem swoją podróż do domu. W autobusie spotkałem kolegę, z którym wypiłem jeszcze piwko, i w głowie lekko zaszumiało. Wspomniałem mu, że zwolniłem się z pracy, na co zaproponował mi bym wstąpił do Oficerskiej Szkoły Samochodowej w Pile. Zapewniał mnie, że przyjmą mnie do Piły. Wyciągnął pisemko o przyjęciu go w poczet słuchaczy, już był po egzaminach.

Dotarłem do domu i przespałem się. Wstałem rano i powiedziałem mamie, że idę do wojska. Ona na to odparła „może w wojsku będą z ciebie ludzie!”

W poniedziałek rano byłem w WKU. Obecny tam kpt. Wiadrowski powiedział mi „Pierdołą jesteście. Jak my was zachęcaliśmy, to nie chcieliście”. Tego samego dnia dostałem dokumenty. Wieczorem pojechałem na komisję lekarską do Krakowa. Wróciłem do Radomia do oddziału WKU i dostałem skierowanie na egzaminy, które odbywały się w Oficerskiej Szkole Samochodowej w Pile. Zdawałem z fizyki, matematyki i przechodziłem testy sprawnościowe, na których wyciskałem sztangę i machałem ciężarkami. Zostałem przyjęty.

Wróciłem do domu, przespałem jedną noc i pojechałem z powrotem do Piły. 27 września 1962 roku zostałem już oficjalnie przyjęty do szkoły oficerskiej. Tak właśnie przypadkowo zaczęła się moja przygoda z Wojskiem Polskim.

Jak wyglądało życie w szkole oficerskiej? Czy profesorowie prowadzili ciekawie zajęcia?

Nie wiem czy spotkałem tam jakichkolwiek profesorów, wiem, że to byli ludzie z doktoratami. Do przysięgi mieliśmy okres unitarny. Dzień Podchorążego jest 29 listopada i właśnie wtedy odbyła się przysięga. Dowódcami naszych drużyn byli elewi z 3 roku Podoficerskiej Szkoły Zawodowej im. Rodziny Nalazków w Elblągu. W ramach praktyk szkolili nas do przysięgi. Podczas szkolenia śmierdziałem chlorem od tych prac poza kolejnością przyznawanych za karę, których miałem od groma, gdyż nie potrafiłem się podporządkować. Przed wyjazdem do Piły brat powiedział mi, w ramach prac poza kolejnością najlepiej wysprzątać „sracz”, bo można i gazetę poczytać i odpocząć, a że wszystko było metalowe, to można było wodą zlać i wystarczyło.

Do przysięgi dawali równo w kość. Bez przerwy musztra: „Baczność, na prawo patrz!” już mówili, że bardzo dobrze, aby po chwili znów „baczność!”, „nóżka wyżej” i znowu w „na prawo patrz”.

Później były normalne zajęcia jak matematyka, fizyka, metaloznawstwo, obróbka skrawania, budowa pojazdów, elektryka, rozbieranie i składanie elementów, co przychodziło mi z łatwością, ze względu na moje wykształcenie.

Miałem samowolne oddalenia i nawet przytrafiło mi się, że przesiedziałem 7 dni w areszcie. Skończyłem szkołę oficerską, miałem 17 lokatę na 200 kończących. Byłem w czołówce, nie najlepszy, ale jeden z lepszych.

Po 47 latach spotkaliśmy się z 12 kolegami z plutonu podchorążych w Poznaniu we wrześniu 2013 roku i okazało się, że jako jedyny siedziałem w areszcie.

Gdzie Pana skierowali po szkole oficerskiej?

Byliśmy pierwszymi, którzy po ukończeniu szkoły oficerskiej i promocji w Pile, składali ślubowanie w stolicy. Przed wyjazdem do Warszawy mieliśmy tydzień urlopu. W Warszawie wozili nas na lotnisko Okęcie, gdzie ćwiczyliśmy do tej uroczystości. Nawet trenowaliśmy przemarsz przez miasto. W wolnej chwili zwiedziliśmy m.in. Wojskową Akademię Techniczną, budynek i sale. Po rozmowie z jednym z kolegów doszliśmy do wniosku, że musimy tutaj się dostać.

Po mianowaniu na pierwszy stopień oficerski dostaliśmy urlop, po którym przydzielali nas do odpowiednich okręgów lub rodzajów wojsk. Zostałem skierowany do Pomorskiego Okręgu Wojskowego, więc pojechałem na rozmowy do Bydgoszczy, a tam dostałem przydział do 82 Pułku Artylerii Przeciwlotniczej w Rogowie. Wcześniej marzyłem sobie, że jak dostanę przydział, to najlepiej nad jeziorem, kilka kilometrów od miasta. Chciałem kupić sobie motocykl do przejażdżek. W pociągu spotkałem wojskowego. Znał Rogowo, powiedział mi, że jest obok Kołobrzegu, więc miałem wszystko w jednym miejscu.

Na promocję przyjechała moja obecna żona, która była ze Szczecina, a dokładnie z Dąbia. Poznałem ją, kiedy byłem na praktyce w 5 Mazurskiej Brygadzie Saperów w Podjuchach. Przed wyjazdem do Rogowa zatrzymałem się w Szczecinie, a stąd pojechałem do mojej nowej jednostki. Brat mojej żony miał atlas, wcześniej sprawdziłem, gdzie znajduje się to Rogowo.

Początkowo wsiadłem w pociąg, później w autobus i tak dojechałem. Miałem szczęście, że w jednostce akurat ogłosili alarm i wszyscy porozjeżdżali się do rejonów alarmowych, na miejscu była tylko służba dyżurna. Powiedzieli „Niech obywatel porucznik (tak się kiedyś mówiło zamiast dzisiejszego Panie Poruczniku) zostawi walizę, tam jest kasyno, proszę się zaprowiantować”. Poszedłem, kasyno w Rogowie stoi prawie na wydmach, usiadłem sobie na plaży i oglądałem morze. Okazało się, że z drugiej strony miałem jezioro, co było spełnieniem moich oczekiwań dotyczących lokacji jednostki. Tak rozpoczęła się moja służba. Zostałem dowódcą plutonu transportowego, którym dowodziłem przez 3 lata. Jeździliśmy na poligony, mieliśmy ćwiczenia itp.

W trakcie mojego pobytu w owej jednostce ożeniłem się. Wesele było typowo wojskowe. Panowała rodzinna atmosfera, zabawa była przednia, ludzie świetnie się bawili. Z jednej strony rodzina, z drugiej strony koledzy po fachu, którzy zrobili zrzutę, twierdząc, że nie mogę finansować wszystkiego. Grał zespół ze Szczecina „Trzy minus”, 3 gitarzystów i perkusista. Do ślubu żona jechała w samochodzie marki Warszawa, należącym do dowódcy. Ja w mundurze prowadziłem Gazik [wojskowy pojazd terenowy GAZ-69 – przyp.red.]. Wzięliśmy ślub w Urzędzie Stanu Cywilnego w Kołobrzegu. Wracając, już na terenie jednostki, musieliśmy się przesiąść na przyczepę ciągnioną przez ciągnik „Dzik” podstawiony przez moich podległych kierowców z baterii.

Przyczepa była wyścielona płatkami róż. Wraz ze świadkami przesiedliśmy się na „Dzika” i tak właśnie podjechaliśmy pod klub, gdzie było przyjęcie. Stało tam chyba z 12 Starów, z mojego plutonu, które były ustawione w „choinkę”. Kierowcy włączyli sygnały, a dowódca z żoną powitał nas chlebem, solą i wódką. Było naprawdę głośno, rozrywały się petardy, strzelały rakiety. Zaczęło się wesele.

Skończyło się rano następnego dnia. Z żoną przyjechaliśmy do Szczecina i praktycznie znowu musiałem wracać do Rogowa, bo szykowała się kontrola. Z tej jednostki można było przenieść się dyscyplinarnie lub kontynuować naukę na którejś z trzech Akademii. Dostałem się do Wojskowej Akademii Technicznej (WAT) w 1968 roku, po przesłużonych 3 latach w jednostce. To nie było takie proste, najpierw niezbędna była zgoda dowódcy, trzeba było przejść kurs przygotowawczy, który odbywał się raz w miesiącu i trwał 3 dni. Dawali przeróżne zadania do rozwiązywania.

Dostałem się na Wydział Mechaniczny WAT. Od 1968 do 1972 roku byłem studentem Wojskowej Akademii Technicznej. W sierpniu 1972 roku zostałem inżynierem w stopniu porucznika. Gdybym miał średnią 4.0 i wyżej, mógłbym awansować do stopnia kapitana, lecz miałem 3,78. Po studiach znowu zostałem ponownie skierowany do okręgu w Bydgoszczy. Nie chciałem dowodzić, raczej wolałem być w pionie technicznym. W Szczecinie było wolne miejsce na dowódcę kompanii remontowej, co mi nie odpowiadało. Pomyślałem, że może Malbork, albo jakieś lotnisko, ale to wszystko znajdowało się strasznie daleko.

Zdecydowałem się na Szczecin. Przejąłem obowiązki dowódcy kampanii remontowej w 41 Pułku Zmechanizowanym we wrześniu 1972 roku i dowodziłem nią do 30 grudnia 1973 roku. W Sylwestra 1973 roku przenieśli mnie do 12 Batalionu Remontowego, w którym zajmowaliśmy się naprawą czołgów, SKOT-ów, BWP-ów [SKOT – średni kołowy opancerzony transporter; BWP – bojowy wóz piechoty, pojazd gąsienicowy – przyp. red.]. W ciągu roku byliśmy w stanie naprawić 200 silników, zajmowaliśmy się również naprawą uzbrojenia i łączności.

„Capnęli” mnie, żebym przez 7 miesięcy dowodził kompanią remontu pojazdów kołowych, gdyż jej dowódca wyjechał na szkolenie WKDO. Faktycznie przyszedłem na stanowisko inżyniera elektryka, trwało to 3 miesiące. Wypełniałem dokumentację i pewnego dnia zawołali mnie do dowódcy i poinformowali, że obecny zastępca dowódcy odchodzi do 5 Pułku Zmechanizowanego, a ja zajmę jego miejsce. I tak zostałem zastępcą do spraw technicznych 12 Batalionu Remontowego (12 brem) 12 Dywizji Zmechanizowanej w kwietniu 1974 roku.

Jesienią 1977 roku zostałem dowódcą tego batalionu. I choć tak bardzo nie miałem ochoty dowodzić, to przez ponad 18 lat, do 10 stycznia 1996 pełniłem tę funkcję. Odszedłem na emeryturę, na własną prośbę po 33 latach, 3 miesiącach i 2 tygodniach służby.

Pojechał Pan jako dowódca batalionu remontowego na misję?

Tak. O mało co nie pojechałbym na tę V zmianę PWJS [PWJS – Polska Wojskowa Jednostka Specjalna – przyp. red.] do Egiptu, lecz nie przeszedłem badań lekarskich. Później mój przełożony dowódca 12 brem, z którym wiele czasu spędzałem popołudniami w jednostce powiedział „Wiesiek, dlaczego ty mi nie powiedziałeś, że chcesz jechać?”. Okazało się, że to on przyblokował mój wyjazd na RWKL (Rejonowa Wojskowa Komisja Lekarska).

Nie zwróciłem się oficjalnie do niego o zgodę, w ogóle przestałem myśleć, że może mi się przytrafić wyjazd na misję. Byłem dowódcą batalionu remontowego, a w 1978 roku zaproponowano mi wyjazd do Egiptu, do Ismaili, gdyż ktoś odpadł i miałem zająć jego miejsce. Wiedzieli, że mam doświadczenie i będę dobrze dowodził kompanią i chyba się nie pomylili (śmiech). Najpierw było zgrupowanie w Koszalinie, w tym czasie Karol Wojtyła został Papieżem, to było w 1978 roku, 26 listopada wystartowaliśmy z Zegrza Pomorskiego.

Jak wyglądało szkolenie do misji?

Przyjeżdżali wykładowcy, znana wtedy osoba, Andrzej Wróblewski [polski publicysta i dziennikarz min. tygodnika „Polityka” – przyp.red.], przyjechał na spotkanie z kadrą oficerską. O tym nie pisano w gazetach, ale na tym spotkaniu Zygmunt Stelmaszyk, który był kierownikiem laboratorium w Szczecinie, zapytał się „Panie redaktorze, czym płaci Związek Radziecki za te statki, które tutaj produkuje Stocznia Szczecińska, co idą do ZSRR, a wyposażenie przychodzi z Zachodu?”. Redaktor nie odpowiedział. Następnego dnia zrobił się szum, że nikt nie odważył się przerwać wypowiedzi Stelmaszyka.

Konsekwencją tego była „rezygnacja” z misji kilku żołnierzy, w tym zastępcy dowódcy do spraw politycznych. Pułkownika Stelmaszyka mieli zwolnić z wojska, ale jakoś udało się rozładować atmosferę. W mojej kompanii było 2 mechaników, synów wysoko postawionych oficerów z Pomorskiego Okręgu Wojskowego. Na odprawie w sztabie powiedziałem, że się nie nadają. Na misję pojechali wepchnięci na etaty mechaników, ale nie mieli o tej robocie pojęcia i w konsekwencji stwarzali sporo problemów.

Po tej odprawie zastępca szefa kadr wziął mnie pod rękę i powiedział „Chcesz jechać, czy nie? Jak tak, to nie rozpoczynaj tego tematu ponownie, bo oni i tak pojadą, a ty nie”. Robiliśmy swoje, czuwaliśmy nad tym, żeby ten sprzęt był zawsze na miejscu, gotowy, utrzymany w gotowości technicznej.

Jakie było Pana Pułkownika wrażenie po lądowaniu w Kairze?

Specyficzny zapach na lotnisku, ni to smród, ni zapach, no i panujący harmider. Jakoś jednak doszedłem do siebie. Wsadzili nas w autobusy i dowieźli do Ismaili. Robiła się szarówka. Człowiek ciekawy, rozglądałem się, budynki to takie drewniane baraki. Żeby komary nie przeszkadzały, były założone moskitiery. Spało się również pod moskitierą. Słychać było głos imama, który nawoływał do modlitwy. Coś niesamowitego, tego się nie spotykało wcześniej.

Na marginesie taka moja historia z dzieciństwa. Nie wiem ile miałem lat, chodziłem do podstawówki do 2 lub 3 klasy. Przyszedł do nas sąsiad. Nazywał się Stachu Stępień, do mojego ojca mówił „wuju”. Przyniósł list, przysłany z Egiptu, napisany ołówkiem. Rozpoczynał się „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Było zdjęcie z Bożego Narodzenia, autor wraz ze swoją rodziną siedzieli na kocyku pod palmą. Pomyślałem, że warto to miejsce kiedyś zobaczyć. Po przyjeździe do Ismaili spełniło się moje marzenie. Zacząłem przyjmować obowiązki dowódcy kampanii, która nieźle sobie radziła.

Mieszkaliśmy na obrzeżu Ismaili. Do parku miałem 700 metrów. Znajdował się na pustyni, gdzie były przygotowane stanowiska, namioty itd. Rozpoczęliśmy tą „normalną robotę”, czuwaliśmy, żeby te samochody z kompanii transportowej były sprawne i mogły wykonywać swoje zadania. Miałem bardzo dobrą obsadę, było nas chyba 95. Pięćdziesięciu żołnierzy zawodowych i pracowników cywilnych i 45 służby zasadniczej.

Czy czuł Pan się tam bezpiecznie? Czy przeżył Pan jakąś niebezpieczną sytuację?

Będąc przez pół roku i 2 tygodnie w Egipcie czułem się bardzo dobrze, żadnego zagrożenia nie odczułem. No, ale była jedna z takich sytuacji, powiedziałbym, „niebezpiecznych”. Wiedzieliśmy o tym, że w każdej kompanii był człowiek z WSW [WSW – Wojskowa Służba Wewnętrzna – przyp.red.]. U mnie na tym stanowisku był poczciwy starszy chorąży, który miał pilnować, co się dzieje. A ja mu wyznaczyłem zadanie, żeby coś tam jeszcze robił innego. Chyba po 2-3 tygodniach wezwano mnie do głównego szefa WSW, który powiedział „Ten chorąży nie przyjechał po to, żeby wypisywać karty usług technicznych!”. Chciałem, żeby jeszcze przez tydzień wypisywał, tak dla niepoznaki.

Jeden z moich kolegów, który był w Kwaterze Głównej X Zmiany, nazywał się Leszek Moriciński odszukał mnie tego samego dnia, kiedyśmy przyjechali i powiedział „Wsiadaj do Passata i jedziemy zwiedzić Ismailę”. Powiedziałem „Nigdy w życiu nie wsiądę do samochodu”, gdyż na drogach panował wielki chaos, zamieszanie i brak przestrzegania przepisów ruchu drogowego. Krótko potem, sam gazikiem jeździłem po Ismaili i do Kairu. Jakoś trzeba było poznać ich zwyczaje i zaakceptować.

W 1978 roku dowodząc kompanią remontową mieliśmy dostęp do stacji archeologicznej w Heliopolis. Archeolodzy mieli samochód Warszawę Combi i Gazika. Zależało im na tym, żeby mieć dobre kontakty z dowódcą, bo my dysponowaliśmy częściami do tych pojazdów. Jak im coś dolegało, to przyjeżdżali. Jak przyjechali do nas, na lunch to zastępca dowódcy kontyngentu do spraw politycznych ppłk Zamachowski zapytał „Ci z archeologicznej przyjeżdżają do Kwaczyńskiego czy do POLLOG-u?”.

W Kairze zawsze ktoś z nich nas przechwytywał i woził po jakichś ciekawych miejscach, jak choćby meczety. Niektórym było to nie w smak, mówili, że już nie chcą oglądać meczetów, tylko żeby coś kupić! Przypominam sobie, że Polacy robili nawet renowację meczetu na terenie tzw. Miasta Umarłych.

Pewnego razu do stacji archeologicznej zawitał prowadzący wykopaliska w Egipcie prof. Kazimierz Michałowski. Mój dowódca powiedział „Pojedziesz i zapytasz czy nie da się zaprosić go do POLLOG-u”. Po dziś dzień żałuję, że nie pojechałem w mundurze, tylko jak dupek po cywilnemu. W imieniu dowódcy zaprosiłem Pana Profesora do POLLOG-u. Profesorowi Michałowskiemu towarzyszyła żona i małżonka przewodniczącego Rady Państwa Pani Jabłońska. Bardzo dobrze to wspominam!

Jak wyglądały prace przy naprawie sprzętu? Odbywały się często?

Jednostek sprzętowych było multum, staraliśmy się w soboty i niedziele mieć raczej wolne, ale nie zawsze mojej kompanii się to udawało, ponieważ w zależności od potrzeb, codziennie w trasę wychodziło kilkadziesiąt cystern. Ten sprzęt ulegał uszkodzeniom i trzeba było utrzymać go w gotowości. Nie było określonego czasu na pracę, czasami reperowaliśmy od świtu do późnej nocy, ale nie było to aż tak uciążliwe. Nie można było powiedzieć, że padaliśmy na twarz. Wkurzali nas Finowie, bo mieli naszego Stara 29 jako wóz asenizacyjny i nie potrafili go używać. Ciągle coś psuli, często przyjeżdżali z nim w sobotę i już na niedzielę chcieli mieć go sprawnego, na ten wypadek specjalnie mieliśmy przygotowany silnik do wymiany.

Był czas na rekreację?

Był, jeździliśmy na wycieczki, oczywiście nie wszyscy naraz. Zaliczyłem Aleksandrię podczas 2 dniowej wycieczki. Do Port Saidu jeździło się po zakupy, bo tam była strefa wolnocłowa.

W styczniu 1979 roku – byłem całkiem niezłym jednym z lepszych dowódców pododdziałów. Pierwszych dwóch mogło otrzymać nagrodę wyróżniającą, mianowicie pięć dni urlopu do wykorzystania w Syrii w POLLOG-u. Ja i Walek Tomkowicz, który był wuefistą, otrzymaliśmy taki urlop. Pod koniec stycznia 1978 roku polecieliśmy do Syrii samolotem Buffalo, wyposażonym w 4 fotele, na dodatek mało komfortowe. Poleciał też szef sztabu POLLOG-u płk Molczyk i finansowiec, starszy sierżant, który wypłacał żołd. Później nie było samolotu, więc spędziliśmy tam 7-8 dni. Praktycznie nie wysiadaliśmy z samochodu, bo chcieli nam pokazać Syrię. Zwiedzaliśmy Dolinę Raju, grób Abla, Palmirę. Wtedy widziałem Syrię po raz pierwszy, a nigdy nie przyszło mi na myśl, że kiedykolwiek tam wrócę. Ludzie mówili, że w Maluli jest źródełko, do którego się wrzuca pieniądze i wraca do Syrii. Wrzuciłem i po 9 latach wróciłem tam jako szef logistyki misji UNDOF.

Wracając z powrotem samolotem Buffalo, lądowaliśmy w Jerozolimie. Mieliśmy godzinną przerwę na kawę. Leciało jeszcze dwóch kanadusów [kanadus – potocznie Kanadyjczyk w gwarze wojskowej – przyp.red.]. Wysiadamy, a tu po cywilnemu izraelscy żołnierze z bronią wycelowaną w nas. Zakazali nam wyjść z samolotu, gdyż Polska nie miała stosunków dyplomatycznych z Izraelem. Wracając, do samolotu wsiadł dowódca wojsk ONZ na Bliskim Wschodzie, generał Rajs Abin. Ktoś ustąpił mu miejsca, przywitał się. Coś do naszego szefa sztabu po angielsku zagadał, a to było przykre, bo nasz po rusku świetnie mówił, a nie mógł sobie porozmawiać, gdyż angielskim nie posługiwał się w ogóle. Siedzieli i ani me ani be.

Zaplanowaliśmy wycieczkę do Luksoru. Za własne pieniądze trzeba było jechać. Jeden funt to był chyba 2,5 dolara. Mówili, że 50 funtów wystarczy. Mieliśmy pisma, upoważniające nas do wejścia do muzeów za darmo. Jechaliśmy pociągiem, wsiedliśmy w Kairze i zmierzaliśmy na południe do Asuanu. Jechałem z dwoma lekarzami, jeden się nazywał Sołtys, drugiego nie pamiętam oraz młody tłumacz podchorąży SPR’u [SPR – Szkoła Podchorążych Rezerwy – przyp.red.]. Mieliśmy kilogramowe paczki, soki w proszku. Miałem czajnik 1,7 litra. Produkowany na licencji angielskiej o mocy 2000 Watt. Nie piliśmy wody z kranu, bo nas na to uczulali. Trzeba było ją przegotować. W hotelu zagotowaliśmy wodę, aby zrobić „juice” (sok w proszku).

W Asuanie nad Nilem wynajęliśmy łódkę felukę, popływaliśmy sobie. Był taki starszy właściciel feluki, który mieszkał po drugiej stronie Nilu. Nawet kąpaliśmy się! Byliśmy na wyspie Elefantyna, wtedy akurat było jakieś ich święto, które bardzo fajnie spędzali: muzyka, tańce, śpiew, ale to muzułmanie, wódeczki nigdzie nie było. Ten felukarz zaprosił nas do swojego domu. Od tamtejszych dzieci kupiłem swojej córce koraliki. Jedną noc spaliśmy w hotelu.

Następnego dnia taksówką pojechaliśmy do Luksoru. Po drodze zwiedzaliśmy zabytki nad Nilem w Edfu i Comombo. Po zachodniej stronie Nilu, niedaleko doliny Królów mieliśmy umówionego szejka Ali’ego i się u niego zatrzymaliśmy. Ogrodzony dom, wysoki płot, kilka pięknych palm, wielu turystów i parę psów biegało po podwórku. W toalecie pod sufitem siedział gekon i łapał muchy. Tam mieliśmy bazę, z której wyruszaliśmy do Doliny Królów. Zwiedziliśmy grobowce, między innymi faraona Tuttenhamona. Mieliśmy ten kwit, więc nie było żadnych problemów z wejściem. Zwiedziliśmy jeszcze Świątynię Haczepsut, którą odkopali nasi archeolodzy. Byliśmy tam kilka dni. Wyjeżdżając z soboty na niedzielę od rana byliśmy jeszcze w Luksorze, szwendaliśmy się po tych ruinach i nie tylko.

Później pieniądze i sok zaczęły się kończyć. Miało być tanio, a tu guzik. Mieliśmy jeszcze jedną litrową puszkę soku pomidorowego, ale uznaliśmy, że otworzymy ją dopiero w pociągu. Czekając na pociąg na dworcu w Luksorze widzieliśmy chłopca, który sprzedawał wodę Ewian i nosił ją w koszyku. Pomyśleliśmy sobie, że jak pójdzie za budynek , to ją sobie weźmiemy, bo nie mieliśmy już za co ją kupić. Ale nie zrobiliśmy tego. W pociągu otworzyliśmy sok pomidorowy, który rozlaliśmy do trzęsących się w naszych rękach kubków. Jeden z lekarzy użył wody z instalacji w pociągu, ponieważ posiadali takie tabletki dezynfekujące wodę. Efekt był porażający, ta woda wyglądała jak zupa!

Wróciliśmy do Kairu. Wniosek był taki, że zawsze jak się gdzieś jechało, to musiał być wystarczający zapas Juicu, który najlepiej przyrządzano w kompanii remontowej. Ja w Kairze 8 kubków plastikowych wypiłem od razu! W sumie wypiłem 11. Wycieczka była wspaniała, nie da się o niej zapomnieć.

Jak wyglądała końcówka służby w misji?

To było w dniu, kiedy przekazałem obowiązki nowemu dowódcy, ja zdałem, a on przyjął. Koniec, czekam na samolot, miał być za 2-3 dni. Pomyślałem sobie, że na pewno zaliczę jeszcze Port Side. Nagle dzwoni telefon. Informują nas, że cysterna z wodą przewróciła się w El Kantara 30 kilometrów od Ismaili w stronę Port Saidu. Była nocna przeprawa, Egipcjanie budowali mosty pontonowe na Kanale Sueskim, aby te cysterny mogły przejechać.

Mówię: „To już nie do mnie!”. Nowy dowódca mówi „Słuchaj, przecież ja tu nic nie wiem!”. Był z nami ktoś ze sztabu, z komórki transportowej, on Fiatem, ja Gazikiem. Wzięliśmy dźwig, jeszcze jakiś pojazd i pojechaliśmy. Most był jeszcze nie rozpięty, a ta cysterna znajdowała się po wschodniej stronie kanału, na Synaju. Był stromy podjazd, zsunęła się i leżała na boku. Zdążyliśmy jeszcze przejechać. Ten z fiatem wrócił do jednostki.

Pomyślałem, że tym dźwigiem nic nie zrobimy. Na Synaju była wydzielona grupa logistyczna w El Tasa, do której pojechaliśmy po pomoc. Była noc a mieliśmy tylko mapy. Synaj był obstawiony przez żołnierzy egipskich. Pomimo tego, że zatrzymywali nas do kontroli, nigdy się nie spotkałem, żeby ktoś się źle do nas odnosił. Wydzieloną Grupą Logistyczną w El Tasa dowodził ppłk Dziegielewski. Koło pierwszejw nocy, od niego zabraliśmy drugi dźwig, ciągnik kołowy z naczepą, na nią załadowaliśmy spychacz. Chodziło nam właśnie o taki ciężki sprzęt. Wróciliśmy nad kanał. Dwoma dźwigami tą naszą cysternę leżącą na boku postawiliśmy na drogę, oczywiście była przytrzymywana linami. Nie była to prosta operacja, wymagała współpracy.

Około godziny 10 rano wróciliśmy do POLLOG-u. Zdążyliśmy jeszcze na późne śniadanie w stołówce. Byliśmy strasznie zmęczeni, całą noc nie spaliśmy. W sumie byłem zadowolony, praca została wykonana perfekcyjnie, no i zdobyłem nowe doświadczenie. Cysternę trzeba było przyprowadzić na „krawacie”, czyli holu. To był taki ostatni epizod, który pamiętam.

Służyły też panie! Prowadzony był szpital, trenowały nawet „do Medal Parady”. Prowadzący szkolenie pułkownik mawiał, że „nastały ciężkie dni dla kobiet” zazwyczaj kończąc sentencję uwagą „Nóżka wyżej!”

Smutne wspomnienia z misji?

Był w mojej jednostce plut. Szewczyk, elektromechanik. Nie dostał listu od żony przez tydzień, co zaowocowało docinkami kolegów „Kowalski się wprowadził, chodzi w twoich kapciach”. Negatywnie to przyjmował. Zaistniała sytuacja, kiedy przypadkowo zapomniałem przywitać się z Szewczykiem w czyjeś imieniny. Było nas chyba z pięćdziesięciu ludzi. Każdy popijał sobie z kieliszka, były toasty, ale wszyscy czekali na mnie.

Gdy przyszedłem, to przez przypadek ominąłem jego osobę. Mój zastępca do spraw politycznych Sławek spytał się mnie: „Co ty masz do Szewczyka?” Następnego dnia podczas porannego apelu wszyscy stoją, ja go pod rękę, przytuliłem, spytałem się „co tam?”. On na to szczęśliwy, że dowódca się z nim przywitał i że przy całym froncie poklepał go po ramieniu. To była dla niego wielka ulga.

Przejdźmy teraz do Syrii, w której zmianie Pan służył?

Dwudziesta dziewiąta i trzydziesta

Zmiany były co 6 miesięcy?

Tak, a ja spędziłem tam cały rok. Na misję poleciałem w grudniu 1987 i powróciłem też w grudniu 1988 roku. Podczas, gdy ja miałem służbę na wzgórzach Golan, wojska ONZ otrzymały pokojową nagrodę Nobla. W Oslo reprezentował nas st. chor. Ziobro. Wcześniej podchorąży z mojego pionu latał do Nowego Jorku w związku z ową nagrodą. Spodziewaliśmy się, że dadzą nam chociaż takie malutkie znaczki, Norwegowie dostawali medale! A nas zaniedbali i nie dostaliśmy nic, to był 1988r.

Jak doszło do tego, iż znów pojechał Pan na misję?

Tam byłem szefem logistyki UNDOF. Prowadziłem jakąś odprawęw b.rem. w piątek, zawołali mnie do telefonu. Dzwonił szef służby czołgowo-samochodwej POW pułkownik Firlit. Powiedział wówczas: „Słuchaj, ktoś potrzebny jest do Kwatery Głównej w Syrii”. Odpowiedziałem, że do kwatery pójść nie mogę, gdyż nie znam języka angielskiego. Odparł „a co, nie nauczysz się przez 3 miesiące”? Oznajmiłem mu, że nie i na tym rozmowa została zakończona.

Zadzwonili po chwili jeszcze raz, mówili że potrzebny jest szef logistyki, to się zgodziłem, ale dodałem, że byłbym szczęśliwy, gdyby to mój przełożony z dywizji spytał mnie o uczestnictwo w misji. Pułkownik przystał na to, mówiąc: „Dobra, dobra”, co oznaczało, że załatwi moją prośbę. Po jakimś czasie dzwoni zastępca dowódcy 12 DZ do spraw technicznych ppłk Kaczmarek z wiadomością, że jest taka propozycja, iż w dowód uznania pojadę na misję do Syrii i pyta się czy wyrażam zgodę. Ja udając, iż pierwszy raz to słyszę godzę się, przecież nie będę się opierał (śmiech). I tym sposobem zostałem zakwalifikowany jako kandydat. Oczywiście musiałem przejść badania itp.

Przed tym, wcześniej dostaliśmy z żoną wczasy w Związku Radzieckim i pojechaliśmy na tydzień pod Moskwę, później tydzień w górach Kaukazu i dwa tygodnie w Soczi. Po powrocie dowiedziałem się, że zostałem odwołany, ale szybko znowu przyjęli mnie w poczet kandydatów.

Byliśmy na zgrupowaniu w Budowie w pułku czołgów, którym dowodził mjr Mieczysław Cieniuch [w latach 2010-2013 generał WP, Szef Sztabu Generalnego – przyp. Red.]. W Warszawie w komórce, która nadzorowała przygotowania do misji pokojowych służył mjr Franciszek Gągor który super znał angielski! [generał WP Szef Sztabu Generalnego w latach 2006 – 2010 – przyp. Red.]. Często przyjeżał z płk Krawczykiem na zgrupowanie. Wtedy nie myślałem, że Franciszek uzyska taki stopień, to był wspaniały człowiek! Zginął w katastrofie smoleńskiej.

W grudniu 1987 z Zegrza polecieliśmy do Damaszku. Między zmiennikami ze wszystkich okręgów można było dostrzec rywalizację. Zwyczaj który pomagał w przejęciu obowiązków dowódcy był taki, że gdy dowódcą był oficer z okręgu, który wówczas pełnił służbę na misji, to szefem sztabu zostawał oficer z okręgu, który następnie przejmował służbę nad misją.

Gdy przyjechaliśmy do Damaszku, odbierał nas szef sztabu, który miał być naszym dowódcą. Wraz ze mną był szef sztabu z okręgu śląskiego, zastępca do spraw politycznych (nazywano go Welfer Officer), sekretarz PZPR, oficer WSW. Nasz przyszły dowódca nie znał drogi do bazy, na początku dziwiliśmy się temu, ale jak się później okazało, przez pół roku nie wychylał nosa z obozu.

Ciemną nocą z Damaszu przetransportowaliśmy się na Wzgórza Golan do Camp Faouar. Nikt tam na nas nie czekał, gdzieś mnie zaprowadzili. Mój poprzednik, który pochodził z Kielc, gdy zameldowano mu, że przyjechał jego zmiennik odparł: „a to kurwa niech sobie idzie”. Najprawdopodobniej był pod wpływem alkoholu. To dość przykra sytuacja, w tym momencie powiedziałem sobie, iż gdy ja będę zmieniany, tak na pewno tak nie będzie i tak nie było.

Gdy ja przekazywałem obowiązki następcy, to wszystko było przygotowane. Stołówka oświetlona, jedzenie, kawa, herbata na stole, dowódcy poddziałów się meldowali, tak jak powinno być. Za mojej zmiany wprowadziłem to, że kadra mogła prowadzić samochody osobowe. Jeździli nimi na odprawy, a wcześniej musieli mieć kierowcę służby zasadniczej, co było utrudnieniem. Za mojej służby pierwszej, jak i drugiej nie było żadnych poważnych wypadków. Zdarzały się mało znaczące stłuczki, które można było naprawić u Kanadyjczyków w workshopie lub u nas.

Z obozowiska było widać górę Hermon, ośnieżoną prawie przez cały rok. Zaproponowano mi, bym został na trzydziestej zmianie więc stwierdziłem: „Być na wzgórzach Golan, a nie być na Hermonie, to nie wypada”. Wybrałem się na nią z cysterną wodną Star 266 gdyż Stary 660 nie mogły na nią podjechać. To było w maju, zaspy śnieżne były równe z ciężarówką, Austriacy byli tam równo zasypywani. Wcześniej dostarczyliśmy tam spychacz Catepillar, który kosztował ONZ worek pieniędzy.

Po pierwszej zmianie przyleciałem na urlop do kraju i dwa tygodnie po tym okresie na misję wylatywaliśmy z Poznania do Damaszku, ja doświadczony z młodymi żołnierzami z Warszawskiego Okręgu.

Gdy niektórzy kierowcy z Warszawskiego OW zobaczyli swoje wozy, to mówili, że cysterny (na podwoziu Stara 660) lepiej wyglądają niż za ich czasów, takie słyszałem głosy. Był jednak problem. Cysterny miały ten sam przebieg, jednak niektóre z nich ulegały poważnym uszkodzeniom. Drogi w większości były polne i wyboiste. Chyba w dziesięciu z nich tuż za kabiną ok. jednej trzeciej długości od przedniego zderzaka pękły ramy i to w ten sposób, że nie nadawały się do dalszej eksploatacji.

Oczywiście w takich wypadkach od razu wysyłaliśmy telegramy do szefostwa służby czołgowo – samochodowej i muszę zauważyć, iż odzew był natychmiastowy. Części niezbędne do napraw przysyłane były bardzo szybko, chyba pocztą dyplomatyczną, w przeciwieństwie do tego, co w takich wypadkach działo się w Polsce. Oprócz tego przysyłane były odpowiednie elektrody, tak więc technika spawania była na najwyższym poziomie. Tych kilka cystern zostało sprawnie i szybko przywróconych do służby.

Podobnie było z oponami. Wyeksploatowane nie nadawały się do użytku i pamiętam, że w sobotę przyjechał tir z nowymi oponami. W przeciwieństwie do Kanadyjczyków, którzy mieli weekendy wolne, w tę sobotę wszyscy pomagaliśmy wymienić te opony na nowe.

Była też sytuacja, w której przyszedł mróz, a chłodnice aut były zalane wodą. Zapadła decyzja by zalać płyn do chłodnic „antyfryz”. Późną nocą spuszczaliśmy wodę z samochodów i zalewaliśmy tym płynem chłodnice. Bo jak woda by zamarzła, to wozy byłyby niesprawne.

Podczas tej misji objechałem Synaj, Palmirę, oprócz tego były dwutygodniowe urlopy i Polacy jeździli nad Morze Śródziemne do Lataki. To fajne miejsce, był tam obóz, w którym znajdował się dwudziestoosobowy autobus, Fiat, cysterna z wodą, cysterna z paliwem, agregat, kuchnia i namioty postawione dosłownie na plaży. Tam spędzaliśmy tygodniowy urlop, oczywiście odbywał się on w kilku turnusach, Pierwsza zmiana i ostatnia miała po osiem dni. Między turnusami zostawała tam tylko obsługa.

Jak byłem na drugiej zmianie, to ci z dowództwa mogli zaprosić małżonki. Wtedy przyjechała moja żona wraz z małżonką dowódcy łączności POLLOG-u kpt. Latka. Panie przywiozły polski chleb, polską kiełbasę no i chyba wyborową, bo tam nie było problemu z Whisky, ale z wódką był kłopot. Najbardziej tęskniło się za polskim chlebem, bo tam był używany tylko tostowy. To były wspaniałe dwa tygodnie. Zjeździliśmy całą Syrię, ponadto można było uzyskać przepustkę sześćdziesięciogodzinną, ONZ dawało wtedy talon na paliwo i można było grupowo zwiedzać.

Jechaliśmy Pasatem i Volkswagenem Transporterem, na którym były załadowane namioty i tak w kilkanaście osób wybieraliśmy się na taką wycieczkę. Na mapie mieliśmy ułożony plan, wszystko według zegarka, Hamal, Hols itd.

Pierwsze moje zadanie to było zorganizowanie kolacji wigilijnej. Jako logistyk, byłem odpowiedzialny za pion wyżywienia, budowlany itd. W kolacji wigilijnej uczestniczył szef logistyki UNDOF, to był kanadyjski pułkownik. Przyjechał z żoną i córką, wyręczył prezenty dowódcy. Córka miała chyba z 16 lat, uczyła się w Szwajcarii, papieroska już popalała, później był taki miły akcent, że kanadyjski pułkownik zdjął swoje pagony, wziął najmłodszego żołnierza, chłopak chyba miał 19 lat, powiedział, że zwyczaj jest taki, iż najmłodszemu żołnierzowi na święta wręcza się pagony by on podczas tego dnia dowodził. Oczywiście nasz dowódca zastrzegł sobie, że ten wyróżniony nie może udzielać nagród i kar.
Po tej kolacji przeszliśmy do dowódcy. Tam jakaś wódeczka była. Kanadyjczyk przeczytał etykietkę na wódeczce i powiedział, że jest tam napisane „Kolumb odkrył Amerykę, z Ameryki zostały sprowadzone ziemniaki do Polski, a z Polski wódka z tych ziemniaków była transportowana do Ameryki”. Żałuję, że nie znałem angielskiego, bo na pewno zostałbym na dłużej w wojskach ONZ, służyć tam było wspaniale.

Na odprawach musiałem być z tłumaczem. Jeżeli ktoś mówił powoli, to coś tam rozumiałem. Przyjeżdżał do nas pewien Ghańczyk również zaopatrzeniowiec, to jakoś się tam dogadywaliśmy bez tłumacza. Mniej więcej wiedzieliśmy obaj o co chodzi. Jednak na odprawach nawet ci, co znali angielski strasznie się denerwowali, bo niektórzy Kanadusi mieli swoją odmianę angielskiego. Była też sytuacja, kiedy jeden z Austriaków domagał się by mówili w normalnym angielskim.

Był tam również fiński logistyk, kolegowałem się z nim. On znał trochę rosyjski, tak więc trochę się dogadywaliśmy. Jak był u nas, to zawsze coś tam się wypiło. Byłem nawet zaproszony do nich, dostałem nawet dyplom! Zarabiałem 240 dolarów prócz pensji, a on 4200 dolarów. W czasie urlopu kupił mercedesa w Niemczech. Pytam go czy to Diesel? On się pyta „ty samochodziarz”? Ja mówię, że tak, on powiedział, że nikt dieslem u nich nie jeździ, bo „jaki to odjazd”?

Na wzgórzach Golan, od zachodu, od strony Izraela wieje strasznie zimny wiatr tak, że idąc na stołówkę, to lewy bok był mokry, a wracając, to prawy bok był mokry, bo deszcz padał niemalże poziomo. Saperzy kiedyś rozminowywali drogę i z powodu tych deszczy zakopali się UAZ-em. Pojechał ciężki KRAZ i zakopał się tak, że nie szło go wyciągnąć. Załoga spędziła tam nockę pomiędzy wioskami na odludziu. Pojechaliśmy tam następnego dnia z kierownikiem warsztatów. Z KRAZa tylko górną cześć opony widać. Pojechaliśmy do bazy syryjskiej, kilka kilometrów dalej. Był tam dowódca, który gadał po rusku, bo studiował w Związku Radzieckim. Naprawdę byli uczynni, tego KRAZa wyciągnęli pojazdem gąsienicowym, gdyż kołowym się nie dało. Pomogli nam ze szczerego serca, daliśmy im trzy słoiki miodu i to co mieliśmy z sobą.

W Syrii raz na kwartał było spotkanie logistyków, któremu przewodniczył zastępca szefa logistyki UNDOF mjr Horbie Kanadyjczyk. Organizował to w znanej restauracji, Scheraton. Było tam pięć pań, jeden cywil, kilku wojskowych. Zjedliśmy i przyszło do płacenia. Horbie woził kalkulator i podzielił sumę na uczestników i wychodzi na głowę około pięćdziesiąt dolarów. Wziąłem udział w trzech takich imprezach.

Była też taka sytuacja, że na podwoziu Stara 29 umieszczona została cysterna asenizacyjna, potocznie zwana „gównowozem”. I tak pewien kierowca Tadziu jeździł tym gównowozem. Kiedyś chciał zabezpieczyć „cysternę” kamieniem, pod nim jednak siedział skorpion, którego Tadziu nie zauważył. Skorpion go ukąsił, ale mówili, że Tadziu czuł się dobrze, tylko skorpion zdechł.

Przeprowadzano raz do roku kilkudniowe ćwiczenia na mapie. Zadania były różne, realne i ćwiczebne, ale wszystko trzeba było uwzględnić w dokumentach.

Czy przypomina Pan sobie jeszcze jakąś ciekawą sytuację z misji w Syrii?

Tak. Pewnego dnia ONZ chciało kupić Jelcza, w wersji wozu asenizacyjnego, kosztował 56 tys. dolarów, dwa razy więcej niż w kraju. Gen. Wojciech Barański powiedział, że sprzęt polskiego żołnierza „gówna” wywoził nie będzie. Pomimo, że było to naszym zadaniem, nie zgodzili się więc na sprzedaż tego Jelcza. No i w rezultacie doszło do tego, że musiał pójść Star 660, który był warsztatem obsługi smarowniczej i w ogóle nie jeździł. Po pewnym czasie padł rozkaz, by jego nadwozie zdjąć, tego nowiutkiego Stara przetransportowano do Izraela, zamontowali mu beczkę, pompy. I tak zamiast Jelcza za 56 tys. dolców, to Star jako „gównowóz” przerobiony w Izraelu służył do wykonywania zadań mandatowych.

Może Pan porównać obie misje? Gdzie pan się lepiej czuł?

W Egipcie pierwszy raz zetknąłem się z tym światem, chłonąłem to wszystko by jak najwięcej poznać. W Syrii byłem w innej roli, co nie znaczy, że gorszej. Na dwóch tych stanowiskach starałem się jak najlepiej wykonywać swoje zadania. Egipt był całkowicie inny, ziemia, kultura, zapach, powietrze. W czasie misji nie spodziewałem się, że w Syrii będę szefem logistyki.

Jakie było wyposażenie Wojska Polskiego ?

Stary 266, które wjeżdżały nawet na Hermon i jeszcze Stary 660.

Jak Pan Pułkownik ocenia wyposażenie Wojska Polskiego?

Na miarę wykonywanych tam zadań było dobre. Nie utrudniały nam pracy.

Dziękujemy bardzo serdecznie za spędzony czas oraz za niesamowicie ciekawą historię.

Przyjemność po mojej stronie!

Fot. z archiwum W. Kwaczyńskiego

Ten wpis został opublikowany w kategorii Wspomnienia z misji. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Wywiad z pułkownikiem Wiesławem Kwaczyńskim, dowódcą kompanii remontowej podczas misji UNEF II w roku 1978 oraz dowódcą logistyki PKW UNDOF w Syrii.

  1. Najzet pisze:

    Wszystko się zgadza.Jednak pierwszy nasz samochód,który wjechał na Hermon to był Jelcz 317W z 18zmiany SOW/śląski okręg wsojskowy/ w dniu 26.o7.1982r,a kierowcą był st.sierż.jan zięciak.Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

301 Moved Permanently

Moved Permanently

The document has moved here.


Kliknij aby dodać emotikonę

SmileBig SmileGrinLaughFrownBig FrownCryNeutralWinkKissRazzChicCoolAngryReally AngryConfusedQuestionThinkingPainShockYesNoLOLSillyBeautyLashesCuteShyBlushKissedIn LoveDroolGiggleSnickerHeh!SmirkWiltWeepIDKStruggleSide FrownDazedHypnotizedSweatEek!Roll EyesSarcasmDisdainSmugMoney MouthFoot in MouthShut MouthQuietShameBeat UpMeanEvil GrinGrit TeethShoutPissed OffReally PissedMad RazzDrunken RazzSickYawnSleepyDanceClapJumpHandshakeHigh FiveHug LeftHug RightKiss BlowKissingByeGo AwayCall MeOn the PhoneSecretMeetingWavingStopTime OutTalk to the HandLoserLyingDOH!Fingers CrossedWaitingSuspenseTremblePrayWorshipStarvingEatVictoryCurseAlienAngelClownCowboyCyclopsDevilDoctorFemale FighterMale FighterMohawkMusicNerdPartyPirateSkywalkerSnowmanSoldierVampireZombie KillerGhostSkeletonBunnyCatCat 2ChickChickenChicken 2CowCow 2DogDog 2DuckGoatHippoKoalaLionMonkeyMonkey 2MousePandaPigPig 2SheepSheep 2ReindeerSnailTigerTurtleBeerDrinkLiquorCoffeeCakePizzaWatermelonBowlPlateCanFemaleMaleHeartBroken HeartRoseDead RosePeaceYin YangUS FlagMoonStarSunCloudyRainThunderUmbrellaRainbowMusic NoteAirplaneCarIslandAnnouncebrbMailCellPhoneCameraFilmTVClockLampSearchCoinsComputerConsolePresentSoccerCloverPumpkinBombHammerKnifeHandcuffsPillPoopCigarette